Czy religia jest dla ludzi nieszczęśliwych?

Droga do Santiago de Compostela, 83 dzień do Captieux, Francja.

To pytanie trochę obrazoburcze. No bo jeśli religia jest dla ludzi nieszczęśliwych, to jest czymś pejoratywnym, kiepskim, jest środkiem uśmierzania bólu, „opium dla ludu”, tanim oszustwem dla mas, wymyślonym zamiennikiem prawdziwego, szczęśliwego życia.

A jednak istnieje głębokie powiązanie religii i tu możemy podstawić chrześcijaństwo lub np. buddyzm, ze stanem nieszczęścia człowieka, z doznawanym przez niego cierpieniem, z przeżywanym przez człowieka bólem. Są po temu dwie przyczyny: funkcjonalna i fundamentalna.

Ta funkcjonalna sprowadza się do stwierdzenia, że gdy człowiek jest szczęśliwy, spełniony, zdrowy, bogaty, z udanym życiem, z szerokimi i dalekimi perspektywami wzrostu, rozwoju, powiększania doznawanego szczęścia i dobra, to takiemu człowiekowi religia w wydaniu  chrześcijańskim (a nawet buddyjskim) nie jest do niczego potrzebna. Po prostu.

Przyczyna fundamentalna leży u podstaw religii. Otóż Budda rozpoczął swoją religijną podróż od stwierdzenia, że człowiek cierpi i od poszukiwania sposobu na usunięcie właśnie cierpienia. Stąd wziął się fundament buddyzmu – szlachetne cztery prawdy, każda z nich odnosi się do cierpienia.

Chrześcijaństwo i Stary Testament to Bóg, który przychodzi do człowieka, by mu pomóc, by go uratować, by go wyzwolić.

Duch Pana Boga nade mną,
bo Pan mnie namaścił.
Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim,
by opatrywać rany serc złamanych,
by zapowiadać wyzwolenie jeńcom
i więźniom swobodę;
aby obwieszczać rok łaski Pańskiej,
i dzień pomsty naszego Boga;
aby pocieszać wszystkich zasmuconych,
rozweselić płaczących na Syjonie>,
aby im wieniec dać zamiast popiołu,
olejek radości zamiast szaty smutku,
pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu.

I oczywiście „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni (Mt 5,4).”

Chrześcijaństwo w swoim fundamencie jest więc pocieszeniem, wyzwoleniem, radością, poczuciem swobody płynącej z bezpośredniej relacji z Bogiem. Jeśli człowiek czerpie jednak te wszystkie odczucia i przeżycia ze swojej pozycji, z posiadanych relacji, z majątku, perspektyw i możliwości, to nie potrzebuje pocieszenia itd. On je znajduje w „świecie”.

Pan Jezus dokładnie krytykuje taką postawę, mówiąc: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26).” Nie może być uczniem Jezusa, bo właśnie m.in. relacje z bliskimi są dla tej osoby źródłem wszystkich uczuć, których potrzebuje. Nie zwróci się zatem w stronę Boga, „ze wszystkich sił, z całego serca swojego, z całego umysłu swojego”.

Warto też na chwilę wrócić na wschód i przypomnieć, że zdaniem hinduistycznej jogi, dla której celem jest oświecenie, najbardziej sprzyjającą owemu oświeceniu jest… przeżywana przez człowieka – rozpacz. Tnie ona więzy człowieka ze światem i pozwala mu na podążanie drogą tej – w jakiejś mierze – religii.

Być może chrześcijaństwo ewoluowało, zamiast stać się osobistym doświadczeniem przeżycia wyzwolenia, wywodzącym się z doświadczanej relacji z przychodzącym Bogiem, stało się apologetyką nieszczęścia dla jednych i ureligijnieniem przeżywania swojej dobrej pozycji w świecie dla drugich.

Stąd może w jakieś mierze gloryfikacja nieszczęścia, bólu i cierpienia, prowadząca do takiej interpretacji (Mt 5,4), iż to dobrze, że cierpisz, to dobrze, że cię boli, bo to właśnie cierpienie i ból są drogą do Boga, więc im więcej tego cierpienia, tym lepiej dla ciebie, a jeśli już jest go umiarkowanie, to się ciesz i w nim trwaj, nie przestawaj go doświadczać, bo dostaniesz nagrodę w Niebie. Takie odwrócenie, zamiast wyzwolenia z cierpienia, prolongacja (utrwalanie stanu) cierpienia.

Ponieważ obraz Boga jako przychodzącej miłości, która wyzwala, został zastąpiony obrazem Boga jako sędziego, który wydaje wobec człowieka wyroki, to chrześcijaństwo jako doświadczenie zaczęło być zastępowane chrześcijaństwem jako doktryną. Ponieważ wskutek tej praktyki, doświadczenia – choćby opisywanego w „Wyznaniach” przez św. Augustyna – było coraz mniej, to zostało ono tym silniej zanegowane i jakoś wygnane jako sposób realizacji religijności i tym bujniej rozkwitła kazuistyka, teoretyzowanie, doktrynerstwo i formalizm.

Chrześcijaństwo zamiast człowieka wyzwalać, zaczęło go utrwalać w jego postawie życiowej i przeżywanym stanie. Jednych w cierpieniu i bólu, które zostały im przedstawione jako pożądana norma. Innych w stosunkowo wygodnym ustawieniu się w życiu, dla którego uzasadnieniem stały się rozliczne nauki i usprawiedliwiające twierdzenia, jakoby chrześcijaństwo polegało na spełnianiu obrzędów, celebracji, przestrzeganiu religijnych przepisów i, a jakże, finansowaniu instytucji kościoła. „Taka wiara, jaka ofiara” – pamiętam do dziś, znamienne kazanie z kościoła parafialnego. Im więcej, tego wszystkiego, tym lepsze twoje chrześcijaństwo, pomijając to, że tak naprawdę jesteś przywiązanym do swojego życia człowiekiem, który często gardzi innymi. Czerpie bowiem satysfakcję zarówno z życia „w świecie” jak i dostarczonego mu uzasadnienia religijnego.

Czy zatem religia jest dla ludzi nieszczęśliwych? Oczywiście, że nie. Szczęśliwi też mogą i droga dla nich jest otwarta. Ale po pierwsze, może być im nieco trudniej, no bo… wiadomo, a po drugie być może każdy nosi w sobie ziarno nieszczęścia, bólu, kamyczek cierpienia w bucie. Może jest w nas jakaś pamięć,  jakaś wiedza, skąd właściwie by się brała?, że może być inaczej, że pisane nam szczęście. Ta pamięć, jakoś nas skłania do poszukiwań.

—————————————————
Link do książki.