Komentarz do tekstu Dariusza Piórkowskiego SJ o kryzysie powołań

Sulejów, kościół Cystersów

Drogi bracie Darku (a co, pozwolę sobie) w temacie kryzysu powołań… masz rację.

Ja to widzę (też) tak (znów pozwolę sobie):
1. Główny przekaz i kształt kościoła to czasem sanhedrynizm plus magia udekorowane postaciami naszego Pana Jezusa, jego Matki, apostołów itd.

1a) Sanhedrynizm to odtworzenie religijności starotestamentalnej, z którą starł się Pan Jezus w czasie swojego przyjścia. Owa religijność została wpojona głęboko całym pokoleniom Polaków. Da się ją scharakteryzować następująco:
– Każdy jest nieczysty (judaizm). Aby się oczyścić trzeba wypełniać pewne obrzędy religijne oraz naprawić swoje postępowanie tak, by było zgodne z zapisanymi regułami postępowania i zachowania, które to reguły są święte.
– Drogą do Boga jest wypełnianie obowiązków religijnych oraz życie wg. zapisanego prawa.
– Więzy krwi, rodziny, narodu są podstawowe i najważniejsze.
– Bóg mieszka w świątyni.
– Bóg owszem Cię kocha, ale Cię osądzi, bo jest sędzią. W celu uniknięcia niekorzystnego wyroku, musisz uczestniczyć w obrzędach, wspierać finansowo „świątynię” i przestrzegać „świętego prawa”.
– Wobec innych narodowości i innych religijności właściwe są potępianie oraz agresja.

1b) Magia to wierzenie, że słowa i gesty mają moc stwórczą poprzez ich wypowiadanie i wykonywanie.

2. Kto chce zachować swoje życie, straci je.

Mamy niesamowitą tendencję i skłonność, do tego, aby zachowywać. Co zachowywać? To, co mamy! Chcemy więcej tego, co mamy! Nie chcemy tego, czego nie znamy. Nie chcemy nieznanego.

I znów, naruszenie tego, co mamy, wyzwala w nas emocje negatywne. I być może tu owo „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem silny”. Chodzi o to, że życie, Bóg, los – dowolne wybrać w zależności od wiary – stopniowo OBDZIERA nas. Z czego? Ze wszystkiego. W końcu, z naszego życia.

Uczy nas w ten sposób, że dokładnie TO WSZYSTKO, nic nam dać nie może. Że to nie jest nasz „dom”. Że nic z tym nie zrobimy. A myśmy już sobie ułożyli życie. Ja też sobie ułożyłem i ciągle próbuję. I czeka mnie trumna albo urna. No chyba, że – umrę jakoś za życia. Dla Niego.

Więc KRYZYS, albo jeszcze lepiej zderzenie ze ścianą, kompletny upadek, ale to taki, że już nic nam nie zostało, może być przetarciem OCZU, ich otworzeniem na to, czego w żaden sposób, byśmy nie zobaczyli, wpatrzeni nieustannie w TO, CO MAMY.

Czyli np. w aktualną formę religijności i instytucjonalizacji religii. Tak długo jak człowiek nie dostanie „w pysk”, tak długo będzie zajadle trzymał się własnych wyobrażeń. Tyle własnych, że je ma, choć ich pochodzenia wcale nie zna, mimo że w nie wierzy.

3. Chrześcijaństwo jest generalnie bardzo trudną religią. Jest tak, bo jest ono bardzo wymagające. „Będziesz kochał Pana Boga swego, ze WSZYSTKICH sił swoich, z CAŁEGO umysłu swojego” (tak mniej więcej z pamięci).

To jest ten problem, że wymagania są tak niebotyczne, że zastępujemy je siatką sprytnych wymogów mniejszych. I wreszcie „łatwiej jest żyć”. No i czasem dla kościoła korzystniej, bo przecież będzie zbiórka na…

Chrześcijaństwo jest bardzo trudne, bo jednak wymaga niesamowitej pracy nad sobą i ze sobą. Wymaga po prostu śmierci na żywo. Co znaczy odrzucenia w zasadzie wszystkich wyuczonych emocji, reakcji, sposobów stałego myślenia. Obrazów, poglądów itd.

Od przyjęcia chrztu czasem człowiek się zmienia, ale to raczej rzadko. Od przyjęcia eucharystii podobnie. To nie jest tak, że jest sakrament i jest ODCZUWALNY skutek. Bywa, że odczuwalny, przez pewien czas, ale to nie to.

Więc do chrześcijaństwa prowadzi ciężka robota i dość ryzykowna, dlatego potrzebni są księża, ojcowie, Kościół i przewodnicy duchowi. Ale… przecież, gdy Pan Jezus mówił o soli, która traci smak, to… chyba właśnie tę grupę miał szczególnie na myśli.

Więc chrześcijaństwo to nie praktyki religijne, to nie modlitwy, to nie sakramenty, to nie ofiary. Chrześcijaństwo to metanoia. To proces przemiany. To krok w nieznane, z Bogiem w sercu. To postawienie Go wyżej, niż siebie.

4. Świeccy tak naprawdę nie mają w Kościele Katolickim nic do gadania. Mają się zamknąć i powtarzać, to, co ksiądz proboszcz albo inny.

Przykłady świeckich zapraszanych na synody, wypowiadających się na instytucjonalnych forach katolickich dokładnie potwierdzają powyższe stwierdzenie. Jest to smutne kopiowanie tego, co wypowiadający myśli, że jest od niego oczekiwane i słuszne. Żałosna sprawa. Już lepiej powiedzieć otwarcie – cicho! 🙂

Inna sprawa, że świeccy mogą mieć tyle opinii ilu świeckich. I co z tym Kościół niby miałby zrobić? Jakiś autorytet musi istnieć.

5. Pewnie wszyscy jesteśmy „ubabrani” w takie czy inne zło, i wszyscy jesteśmy święci, bo Bóg nie mieszka w kościele, tylko w sercu żyjącego człowieka.

Rozrywają i rozgrywają nas różne siły, tendencje, prądy. Ten starotestamentowy, który przekabaca chrześcijaństwo na swoją modłę. Ten rewolucyjny, jezusowy, który rzuca wyzwanie ugruntowanym „prawdom” i „skutecznym zasadom”.

Nie ma i nie będzie łatwych i jasnych wyborów, jak to nam sanhedrynizm współczesny podpowiada, potępiając wszystko wokół, co niezgodne z jego „świętym prawem”.

Zmieniają się powoli UWARUNKOWANIA. I dlatego właśnie, poprzednie FORMY religijności, niepasując do tych zmienionych warunków, mogą wygasać. To naturalne. Zawsze istnieje równowaga: RZECZYWISTOŚĆ – KONSTRUKCJE I PROCESY SPOŁECZNE.

Może wszyscy przejdą do zielonoświątkowców? Może jakoś inaczej?

Nie życzę temu Kościołowi źle. Tej cudownej konstrukcji, której owocem są chorały św. Hildegardy z Bingen, która prześwietliła geometrię i kamień, w poszukiwaniu prawdy w katedrze w Vezelay, która wygrawerowała w sercach i umysłach ludzi wielkie prawdy chrześcijaństwa: że człowiek, a nie grupa, że czyny, a nie słowa, że wszyscy tworzymy jedno, że Bóg czeka na każdego z nas.

Życie to rozwój. A rozwój to ZMIANA. Ale nie dowolna zmiana, bo to czasem szkodliwa degeneracja, ale celowa ZMIANA. Taka, która zachowując kierunek, dąży do niego we wciąż nowy, coraz piękniejszy sposób.

List episkopatu Polski – „Przebudźcie się”

Droga przez Polskę

Ukochani w Panu bracia i siostry

Zebrani 15 lipca roku pańskiego 2018 na Wawelu, prastarej stolicy królów Polski, kierujemy do was słowa miłości i zatroskania. Przebudźcie się! To wezwanie wielokrotnie pojawia się na kartach Pisma Świętego. Cóż to znaczy – przebudzić się? Cóż to znaczy w historycznym i społecznym kontekście naszego narodu w dniu dzisiejszym?

Ewangelia zarysowuje przed każdym człowiekiem ścieżki życia prowadzące do szczęścia zarówno tu na ziemi, jak i szczęścia wiecznego z naszym Panem w niebie. Ten kto podąża za słowami Chrystusa, ten zapiera się siebie, szuka tego, co zgubione, we wszystkim pokłada nadzieję, bo jego siłą i mocą jest Bóg.

Świat tymczasem, w którym żyjemy, oferuje nam swoją własną siłę. Moc, z której pomocą możemy – jak to fałszywie nam podpowiada – naprawić niesprawiedliwości, ukarać zło, ustanowić dobre prawo i – co najważniejsze – zwyciężyć. Siłą, oferowaną przez świat, jest nienawiść. Ta prastara, obecna w człowieku, na równi z miłością, tendencja do podporządkowywania zamiast współpracowania, do rządzenia zamiast służenia, do brania zamiast dawania.

Nie możemy odmówić tej wrogiej sile mocy sprawczej. Zwycięstwa na tej drodze są jednak iluzoryczne i krótkotrwałe, osiągane za cenę krzywdy ludzkich dusz. Ilekroć ludzie odwołują się do negacji drugiego człowieka, dehumanizacji innego, ile razy swoje serce wypełniają żądzą zemsty, pogardą i pragnieniem – w ich rozumieniu – oddania pięknym za nadobne, tyle razy wchodzą w przyjaźń ze złem. W kontakt z tym odwiecznym pragnieniem, by człowieka zniszczyć, upodlić i unieważnić. I w ten sposób właśnie odbywa się obiecane na tej drodze zwycięstwo, poprzez różne formy zniszczenia, upodlenia i unieważnienia drugiego człowieka.

Nie taka jest droga chrześcijan. Chrześcijanin nie jest – jak chcą go widzieć jego nieprzyjaciele – biernym i nie sprzeciwiającym się złu człowiekiem. Chrześcijanin nie jest człowiekiem pokoju, rozumianego jako rezygnacja z działań. Chrześcijanin jest człowiekiem nieustannej walki. Ale walki o dobro. Walki, której kluczowym i fundamentalnym warunkiem jest dostrzeganie bliźniego w obcym człowieku. Nawet we wrogu.

Siły, które pragną naród polski do Boga oderwać, a jednocześnie go sobie podporządkować i wykorzystać, zawsze dążyć będą do jednego – do skłócenia Polaków, do wzniecania animozji i konfliktu. Ileż to lat i wolno nam powiedzieć wieków, byliśmy obiektem tak złowrogich i niecnych działań? Tych dążeń by Polak drugiego Polaka znieważał, by go poniewierał. Nie ostanie się królestwo, gdzie jedni walczą z drugimi. Nie ostanie się takie państwo, ani naród, ani społeczeństwo, bo obcy przyjdzie na to zmaganie i przechyli szalę, dając zwycięstwo to jednym, to drugim, a w rzeczywistości podporządkowując sobie wszystkich.

Kochani rodacy, bracia i siostry. Te właśnie słowa, rozpoczynające nasz list, nie są czczym zawołaniem i konstrukcją języka, której rolą jest wyglądać pięknie w waszych oczach. Te słowa, to najboleśniejsza i jakże trudna czasami realność. To wezwanie i zadanie przede wszystkim dla nas, zgromadzonych w rocznicę wiktorii spod Grunwaldu.

Jakże często i my, biskupi, popełniamy błędy, odnosząc nasze pouczenia do was, wiernych, a nie przede wszystkim do nas – pasterzy. Jakże łatwo zapominamy, że naszym celem prócz krzewienia wiary, jest łączenie ludzi. Jakie rany wyrządzamy wam, dając zły przykład z życia czy słów, takich które dzielą, prowadzą do pogardy i poniżania, które w imię mylnie rozumianej religijności, ,miast służyć dobru, złu tak naprawdę oddają przysługę.

Zapomnieliśmy się, przyznajemy to z pokorą, w naszym nauczaniu, w naszych dalekosiężnych i wzniosłych słowach i zamiarach, a odeszliśmy od was, od zwykłego życia i człowieka, od praktycznego związku z tym, co najważniejsze dla narodu i osoby ludzkiej. Odeszliśmy od krzewienia pokoju, czasem, co przyjmujemy dziś ze wstydem, w imię krzewienia błędnie rozumianej religijności.

Drodzy bracia i siostry. Chrystus jest drogą człowieka. Jest on obecny w każdym z nas. Zło kieruje ku wam swoje podszepty, iż to nieprawda, powiada iż w tym drugim człowieku nie ma Boga i trzeba go zatem zniszczyć lub ukarać za to. Nie bądźmy sędziami bliźnich, bo Pan nasz nie przyszedł na świat, aby sądzić. Przyszedł by go zbawić, a to znaczy odnaleźć i uratować. Bądźmy dla innych odnalezieniem i ratunkiem, a nie potępieniem i chęcią rewanżu. W życiu codziennym oznacza to przede wszystkim szacunek, rzetelność i chęć pomocy. Niech to będzie nasze codzienne, chrześcijańskie zadanie.

Nie dokonamy jednak tego, ani wy, ani my, jeśli nie zanurzymy się w bólu konfliktu z własnym egoistycznym „ja”. Zmiana zawsze kosztuje i odbywa się drogą pewnej walki. Nie dokonamy tego, jeśli w centrum naszej uwagi nie umieścimy Boga. Jeśli nie wejdziemy z Nim w prawdziwą – a nie wyrażaną jedynie deklaracjami słownymi – relację. Nie uda nam się to zadanie, jeśli Bóg nie stanie się naszym Przyjacielem.

Drogą do człowieka jest Chrystus, a nie świat. Drogą do wolności i szczęścia jest miłość i poświęcenie się, a nie egoistyczna niechęć, tendencje do gromadzenia dóbr i dominacji nad drugimi. Drogą do prawdy jest pokora, czemu dajemy wyraz w tym właśnie liście.

Niech od tej pory, każdy z was, tak jak każdy z nas, w drugim człowieku zacznie dostrzegać człowieka. A to znaczy istotę równą sobie, równą w potrzebach, w nadziejach i w należnej godności. Tym zaś, którzy – przyznajemy ze smutkiem, że tacy są – starać się nas będą krzywdzić, dawajmy odpór, dla którego siłę będziemy czerpać ze związku z Panem Naszym, a nie z podsuwanej przez naszego wroga drogi pogardy i potępienia.

Wszystkim wam, udzielamy pasterskiego błogosławieństwa. Obejmujemy was swoją miłością i modlimy się do Pana Naszego o pokój dla waszych serc, o potrzebne wam w życiu siły, o błogosławieństwo Boga Wszechmogącego, który pragnie dla nas wszystkich jednego – wspólnie przeżywanej wolności i radości na wieki.