Judaizm kontra katolicyzm czyli debata rabina z biskupem

image

To wszystko przez facebook. Znajomi kliknęli „zainteresowany” na zdarzeniu „Debata dwóch ambon”, więc i mnie się to zdarzenie pokazało. Moje miasto. Niedaleko. Znośna godzina. Potem przyszły przypomnienia, więc wieczorem się wybrałem. Właściwie niezdecydowany i z rezerwą.

Rabin mówił o mesjaszu. Ale spóźniłem się z pięć minut, więc to właśnie był koniec tego wątku. Kościół dominikanów na Złotej pełny. Niemal w środku nawy głównej, na wysokości ok 2 metrów, dwie ambony po przeciwnych stronach. Rabin w jakimś czarnym chałacie i dziwacznie wyglądającym nakryciu głowy.

– Bo co to znaczy czas? Co to jest przeszłość? Co to przyszłość? Dla Boga nie ma przeszłość, przyszłość, teraźniejszość. Dla niego wszystko jest naraz. I chodzi o to, żeby tak właśnie żyć. Żeby spróbować choć przez godzinę, żyć tak jak Pan Bóg – tłumaczył rabin.

Od razu zauważyłem „ten” sposób mówienia. Znałem go tylko z filmów i myślałem, że filmowy. Ale nie. Oni tak naprawdę mówią 🙂

– A taki słoń. Ile słoń żyje? – dopytywała czarna sylwetka z ambony położonej po prawej stronie. Rabin pochylił się w dół w stronę publiczności: – No ile słoń żyje? Ile? Siedemdziesiąt? On sto lat żyje! A może sto dwadzieścia? A motyl? Ile żyje motyl? – znów przez barierkę rabin wygląda do publiczności i szuka odpowiedzi. – Dwa tygodnie? E nie… chyba dłużej.

– Ale to nie ważne ile lat żyje słoń, a ile motyl, bo oba żyją tyle samo, całe swoje życie. Ten motyl, to tak szybko – tu rabin zaczął wymachiwać nieco ramionami – macha tymi skrzydłami, to on szybko żyje, a słoń? A słoń to powoli. Ale żyją tyle samo. I chodzi o to, żeby żyć w każdym momencie swojego życia.

– Bo tak naprawdę to wszyscy żyjemy i szukamy. Czego szukamy? Czego szukamy w tym swoim życiu? Wieczności szukamy. My w judaizmie, to nie szukamy wieczności teraz. Teraz to dla człowieka jest urodzić się i śmierć. A w chrześcijaństwie inaczej. Ale to jest tak, że my i chrześcijanie to mamy ten sam towar do zaoferowania. To czego ludzie szukają. Ja oczywiście mam taki swój mały kramik, a ksiądz biskup – tu rabin patrzy przez chwilę w milczeniu w kierunku biskupa – no to taki… supermarket.

Oklaski.

Ksiądz biskup Ryś, rozpoczął o czasie bardzo mądrze. I mówił dostojnie i teologicznie. Że pełnia czasu. Że przed Chrystusem i po Chrystusie. Że czas się wypełnił. Że raz Piśmie Świętym jest czas jako chronos, a raz jako kairos. I raz oznacza to czas historyczny, a raz moment. I, że ten czas się wypełnił. Więc jednak czekamy. I że pełnia, a on się wypełnił. I się wypełnił, bo przyszedł Chrystus.

Też oklaski.

– To może obaj teraz goście zajmą miejsca na swoich ambonach będą pytać i rozmawiać ze sobą nawzajem – zaproponował profesjonalnie prowadzący spotkanie zakonnik.

– To ja mam do pana takie pytanie – zwrócił się do biskupa rabin, po dłuższych uprzejmościach wzajemnych, mających rozstrzygnąć kto ma zacząć. Ale dlaczego do „pana”? Dlaczego nie do „biskupa”? Czy rabin nie wie, że ks. Ryś jest biskupem? Czy nie jest uprzejmością i kulturą zwracać się do osób pełniących jakieś funkcje poprzez używanie określeń tych funkcji? Słowo „pan” zabrzmiało jakoś dziwnie, ale rabin się go trzymał.

Dyskusja zeszła na tematy, czy Chrześcijanie mają jakieś zadanie w przyspieszaniu przyjścia ponownego Jesusa. Pewnie jakieś mają, jest nawet o tym wzmianka w Piśmie świętym, ale czy to naprawdę ważne?

– No bo my w judaizmie, to nie wyznajemy grzechów tak jak wy. Nie mówimy „moja wina”, tylko jak mówimy, to mówimy „nasza wina”. No bo to jest wina moja i trochę Pana Boga – tłumaczył rabin, uśmiechając się przy tym. – No bo On jakby chciał, to by nie dopuścił, żebym ja zgrzeszył. A jak zgrzeszyłem, to znaczy, że On też ma w tym jakiś swój udział. To jest nasza wina, a nie tylko moja. – Publiczność reagowała zrozumiałym rozbawieniem. – Bo ja w ogóle nie rozumiem tego waszego rozpamiętywania się w winie i w grzechach. To tak jakby, sobie ręce niepotrzebnie dodatkowo brudzić.

– Ale my wcale tego nie rozpamiętujemy – zaoponował z ambony z lewej ksiądz biskup.

– A to przepraszam, miałem taki przesąd – usprawiedliwił się rabin z kąśliwym uśmiechem.

– No to właśnie po to są debaty, żeby prostować takie przesądy – włączył się prowadzący.

Pytania publiczności rozpoczął rektor KUL ks. Szostek. Prowadzący od razu uspokoił publiczność, która wyciągała w górę ręce, rwąc się do zadawania pytań (prawdę mówiąc to i ja miałem jedno) stwierdzając, że głosu to on będzie udzielał, i że wyciągnie rąk nie wystarczy.

Pytania księdza Szostka ani odpowiedzi na nie nie pamiętam, więc chyba były mądre i intelektualne. Takie intelektualne „mądrości” mają dziwną tendencję do wypadania drugim uchem. Pierwsze pytanie publiczności zajęło zgłaszającemu je mężczyźnie chyba z pięć minut i szczęściem żaden z zaproszonych na nie nie odpowiedział, bo nie miało to większego sensu. Rabin od razu zepchnął na biskupa. Biskup z uprzejmości odniósł się ponownie do pytania ks. Szostka.

– A co to jest wieczność? – zapytała rabina absolwentka KUL, Agnieszka.

– Ludzie to używają takie słowa. Miłość, sprawiedliwość, wieczność. O miłości to już napisali całą bibliotekę, żeby o niej opowiedzieć. I można tak mówić i mówić. Ale co to jest? Czy można powiedzieć, co to jest miłość? Miłość to kochać – tu rabin wykonał gest obejmowania – to każdy wie. To co ty chcesz, definicję wieczności? A jakie to ma znaczenie?

Następne pytanie do Rabina było o to, czy Bóg jest osobą i odpowiedział podobnie jak na to, o wieczność. Że u nich, to każdy rabin może nauczać po swojemu. To u jednego Bóg będzie kosmosem, u drugiego rabina osobą, u trzeciego jeszcze jakoś inaczej. To co ciekawe, to że po dłuższej odpowiedzi, rabin czasem ponownie zwracał się do pytającej osoby, pamiętając jej imię.

Ksiądz biskup zwrócił  uwagę, że od rabinów wiele się można nauczyć. On na przykład dowiedział się, że Izaak, gdy Abraham chciał go złożyć w ofierze, wcale nie był młodym chłopcem, jak go przedstawia ikonografia katolicka. Izaak miał wtedy czterdzieści lat i był mężczyzną w rozkwicie sił. Abraham miał z kolei lat już sto i w żadnym przypadku nie mógł po prostu związać Izaaka i złożyć go w ofierze, bo fizycznie było to niemożliwe. Więc Izaak musiał się zgodzić na to wszystko.

Na koniec rabin wrócił do pytania o Boga.

– Widzisz, pewien cadyk z Leżajska, Elimelech… Wiesz… tu – wskazał palcem wyimaginowane miejsce – jest Częstochowa, to dla was, a tu – przesunął palec – Leżajsk, to dla nas. No więc ten cadyk, jak już umierał, to na pytanie, co będzie po śmierci, odpowiedział tak. Wówczas Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba zapyta mnie, kim byłem. Ale nie zapyta mnie, czy byłeś Abahamem, Izaakiem czy Jakubem. On mnie zapyta, czy byłeś Elimelechem. Bo to jest Bóg Abrahama, Izaaka, Jakuba i Elimelecha. No więc zdać sprawę będzie trzeba z tego, czy byliśmy sobą. Abraham Abrahamem, Izaak Izaakiem, no i Elimelech Elimelechem, a nie kim innym. Bo to jest Bóg taki trochę prywatny, także i mój.

Prezydent miasta, nieco blady przed wyborami, a przecież właśnie lato było, sprawnie i chyba rzeczowo pochwalił debatę i dyskutujących. Na koniec Symcha Keller zaśpiewał psalm, zdaje mi się 130, ale nie mam pewności, i był to śpiew jak to się mówi „z górnej półki”. Ksiądz biskup pobłogosławił i padło jeszcze zaproszenie na lampkę wina, ale nikogo nie znałem, to zabrałem się do domu.

Czy warto było obejrzeć? Tak. Bo to na żywo, a nie z youtube. Bo było ciekawie. Kto wygrał? Myślę, że rabin był nieco sprawniejszy intelektualnie, pokazywał luz i poczucie humoru, nie stroniąc jednak całkiem od elementów mistycznych. Te jednak wyrażane inaczej niż u nas. Najpierw realnymi dosłownymi odniesieniami, a potem wskazaniem na rzeczywistość bez jej nazywania. Ksiądz biskup sprawiał wrażenie połączenia intelektualizmu z odniesieniami do doktryny. Był poważniejszy, stonowany i uprzejmiejszy. Ale czy to „działa”? Nie wiem. Zdecydowanie brak pewnej lekkości i właśnie poczucia humoru. Przewidywalność. Odpowiedzi księdza biskupa były poprawne i „okrągłe”. Odpowiedzi rabina niespodziewane, czasem ich unikał, poparte anegdotami i historyjkami. Te pierwsze bardziej dostojne i „uczone”, te drugie bardziej praktyczne i udzielane językiem pojęć potocznych.

Tuż za wyjściem dało się zauważyć grupkę kilku policjantów prowadzących, chyba z braku zajęcia podczas czekania, jakieś rozmowy. Kto wie, może debatowali o wieczności? Stare Miasto jak zwykle piękne i różnorasowe. Noc ciepła była. Moje pytanie, którego nie zadałem było takie: Czy zamierza biskup/rabin nawracać swojego adwersarza na swoją wiarę, a jeśli „nie”, to dlaczego?

Jeśli nie zamierza nawracać adwersarza na swoją wiarę, to czy to znaczy, że w innej religii też się można zbawić, a nie pójść do piekła? Bo jeśli w tej innej religii nie można się zbawić i jeśli byłaby to droga na wieczne zatracenie, to rezygnacja z próby nawrócenia takiej osoby, byłaby… odmową pomocy w jej ratunku. No i jeśli jednak „nie nawracać”, to jakie znaczenie mają różnice w sprawach wierzeń i moralność pomiędzy religiami? Bo jeśli można się zbawić i tu, i tam, a nie pójść do piekła, to przestrzeganie tych zasad, które religie różnią, wcale nie jest  absolutnie konieczne. Niezbędne byłyby wtedy ogóle reguły, co do których się zgadzamy, nie kłam, nie krzywdź, nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe, kochaj, ufaj Bogu. Więc jak? Nawracać czy nie? I co z tego wynika.

————————————————————————–
Przytoczenia z pamięci, nie z zapisu dźwięku. Mam nadzieję, że pomimo ewentualnych drobnych różnic wiernie oddają wypowiedzi uczestników.

Opinie o mojej książce, którą można kupić w wydawnictwie Gaudium, albo pobrać: [LINK]

Koniec Kościoła Katolickiego

image

Nic się nie dzieje. Dzień jak co dzień. Nie ma żadnych powodów do gadania o katastrofie, bo u nas w parafii, wszystko jak dawniej. Ile osób wierzyło w sierpniu 1939, że za chwilę nastąpi katastrofa? Z perspektywy wąskiej i „naszej własnej” wydawać się może, że wszystko jest w porządku. Ale fala już podniesiona i zamiata budynki, ziemię i ludzi, tyle, że jeszcze nie u nas. U nas pierwsze symptomy, wibracje. Ale czy to będzie długo?

Kościół Katolicki stoi wobec trzech krytycznych zagrożeń. W kolejności od najmniej ważnego do najpoważniejszego będą to:

  1. Deprawacja części hierarchii i niezdolność pozostałej części do walki z tymi zachowaniami. Hasło – pedofilia.
  2. Uzielonoświątkowienie kościoła, czyli rozwój i wpływ ruchów i zachowań „charyzmatycznych”.
  3. Skostnienie funkcjonalno-doktrynalne połączone z asymilacją części tez „liberalnych”.

Pedofilia to oczywiście nie jest problem sam w sobie, w tym sensie, że te ohydne i kryminalne zachowania niestety zawsze się będą zdarzać. W tym obszarze mieszczą się też zachowania przymuszania młodych – choć już nie dzieci – mężczyzn do zachowań homoseksualnych, przez ich przełożonych w Kościele. Prawdziwym problemem jest ROZJECHANIE się głoszonych WARTOŚCI ze stosowaną PRAKTYKĄ i ZACHOWANIEM.

Po prostu te odpychające zjawiska TOLEROWANO w imię wizerunku „świętego Kościoła Katolickiego”. I nie tylko te – można by dopowiedzieć. Uznano, że dobro jakim jest SZACUNEK okazywany przez wiernych Kościołowi, jest ważniejsze od dobra pojedynczych, krzywdzonych osób albo dobra, jakim jest wymierzanie kary za zło. Aby utrzymać wizerunek Kościoła jako świętej instytucji przekazującej objawione nauki, ukrywano prawdę i chroniono deprawatorów. Chodziło o AUTORYTET hierarchii wobec wiernych.

Ten autorytet się na naszych oczach osuwa. Obrazowo mówiąc, „świętym prawodawcom” spadają powoli spodnie, ciągnięte przez zaciekłe media.  Wzięło się to po części z tego, że hierarchia nazwała siebie Kościołem i postanowiła rządzić ludźmi zamiast ich prowadzić. Postanowiła ich kontrolować i nad nimi panować, zamiast im pomagać i wskazywać drogę poprzez własny PRZYKŁAD. Kwestia przykładu, w ogóle gdzieś zanikła i zostały groźby, warunki, nakazy, zakazy, wymogi i rozliczenia z pozycji my na górze wy na dole.

Ten model i dla wiernych miał swoje zalety, bo w zamian za stosunkowo niewielki zakres świadczeń, tzn. ofiara pieniężna, uczestnictwo umiarkowane w nabożeństwach i dopełnienie, czego ksiądz tam zażąda, otrzymywało się życie wieczne. Nie trzeba było kochać ludzi, z kochania Boga nikt się już nie spowiadał. Można było odetchnąć i z ulgą żyć dla siebie, po swojemu.

Uzielonoświątkowienie czyli pentekostalizacja to fajny, nieuświadamiany – a powszechny w kościele – ruch. Sprowadza się on do tego, że w czasie jego zgromadzeń „na prawdę” wreszcie coś się dzieje. Wracają czasy pierwszych chrześcijan. Ludzie DOZNAJĄ uzdrowień, „spoczynków w duchu” oraz całego szeregu rozmaitych „nadprzyrodzonych” zjawisk.

Ten proces zaczyna się od zmiany nastawienia człowieka na DOZNANIA i DOŚWIADCZENIA, gdy w KK nastawienie było na posłuszne spełnianie przepisanych praktyk. Można powiedzieć, że KK to była MAGIA, która nie działała, bo ksiądz udzielał sakramentu bierzmowania i dokładnie NIC z tego nie wynikało dla bierzmowanego. Jak zresztą z wielu innych gestów i słów. Tymczasem w rycie „zielonoświątkowym” mamy „magię”, która DZIAŁA, bo z „namaszczenia Duchem św” wynika cała masa niezwykłych zupełnie, odczuwanych i przeżywanych przez człowieka doświadczeń.

Propagatorzy tej fali mówią o doświadczeniu „Boga żywego”, tak jakby ten doświadczany w KK był „Bogiem martwym”, no bo przecież nie żywym, jak na nabożeństwach charyzmatycznych. Ludzie zdrowieją, masowo tracą przytomność upadając w „duchu”, warczą, latają na czworaka, trzęsą się w drgawkach i konwulsjach. To wszystko oczywiście „w duchu”.

Z tym zdrowieniem, to jest taka sprawa, że w Lourdes KK zatwierdził 70 cudów wyzdrowienia. Ale to w ciągu 150 lat. Zatem jedno cudowne wyzdrowienie na 2 lata. Jednak w ciągu dwóch lat Lourdes odwiedza od 10-14 milionów pielgrzymów. Na jednej konwencji/konferencji/nabożeństwie charyzmatycznym wielu ludzi doznaje uzdrowień. Jakości i charakteru tych uzdrowień nie weryfikują jednak ustanowione i skrupulatne zespoły, choć samo to, wcale nie znaczy, że realnych uzdrowień nie ma.

Z falą pentekostalną związane jest także zainteresowanie demonologią, działaniami szatana, egzorcyzmami itd.Ten element również można zaobserwować w KK. O rzeczywistej skali ruchu pentekostalnego biskup Czaja pisze tak: Obecnie szacuje się, że jest już 600-800 milionów chrześcijan zielonoświątkowych. W 2025 roku ma ich być miliard. Do tego trzeba dodać, że biorąc pod uwagę rzeczywiste praktykowanie religii, a nie tylko formalną przynależność kościelną, już dziś zielonoświątkowcy są największym wyznaniem chrześcijańskim. Stąd wniosek, że religia chrześcijańska w wymiarze globalnym podlega postępującej dekompozycji.

Skostnienie KK ma swoje źródła w dwóch przesłankach/zjawiskach. Pierwsze z nich to największy skarb KK, którym jest RACJONALNE podejście do spraw wiary i religii. KK zawsze stawiał na rozum, na rozumowe podejście do spraw wiary. Nie polegał na uczuciach i odczuciach. Łączył mistyczną i głęboką wiarę swoich świętych z racjonalistycznym podejściem swych doktorów kościoła. Owocowało to rozrastającym się systemem twierdzeń doktrynalnych oraz przejawami życia monastycznego, gdzie sprawy relacji człowieka z Bogiem były posunięte do ekstremum. Tą drugą, oprócz rozumu, przesłanką była MISTYCZNA wiara świętych Kościoła Katolickiego. Realne przeżywanie obecności Boga. Z racji tego, że Bóg pozostaje nieosiągalny dla człowieka w drodze zmysłowej, postawa ta graniczyła – przyznajmy – z szaleństwem, bożym szaleństwem.

Rozum ostatecznie w KK pozostał, niestety mistycyzm i jego realne przeżywanie zanikło. Księża zaczęli traktować swoją działalność jako „pracę” i tego właśnie słowa używać na określenie tego, co robią. Biskupi zaczęli czynić starania by „jakoś to było dalej”, żeby trzoda się nie rozpierzchła, co w sumie uzasadnione. Nauczanie, które utraciło oparcie w realnym mistycyzmie, zaczęło przesuwać się w stronę normatywności, zatem zasad, co wolno, a co nie wolno, oraz związanych z nimi religijnej natury gróźb, mających skłonić odbiorcę zarówno do uczestnictwa w KK jak i posłusznej realizacji zestawu norm i praw. Takim „rubikonem” była encyklika Humanae Vitae, która regulowała sprawy zapobiegania ciąży, ale nie tylko, regulowała opatrując określeniem grzech, przebieg stosunku seksualnego męża i żony.

W jakimś zakresie KK uległ też „starotestamentalizacji”. Bo to Stary Testament wyrażał przekonanie, że do Boga można dojść poprzez przestrzeganie ustanowionych praw i reguł. Kładł nacisk na nieczystość człowieka i konieczność oczyszczania za pomocą ofiar i obrzędów. Uznawał, że Bóg mieszka w świątyni. Nowy Testament uczył odwrotnie. To kontakt z Bogiem oczyszczał, a nie człowiek dostępował kontaktu z Bogiem po, ustanowionym przez ludzi, oczyszczeniu. To szabat (prawa) miały służyć człowiekowi, a nie człowiek miał być dla szabatu. Ktoś może powiedzieć, że po latach… wróciło częściowo to, co już było.

Z braku żywego mistycyzmu, który mógłby być źródłem przyciągania ludzi, KK przyjął część idei postępowych, takich jak równouprawnienie kobiet (w rozumieniu feministycznym), równouprawnienie stron w małżeństwie katolickim, które mimo to, miało nadal być nierozerwalne. Te działania jeszcze bardziej wytrąciły, KK z wcześniejszej równowagi.

KK nie umrze. Jednak wspólnoty pentekostalne mogą go zepchnąć najpierw do roli niszowej, a potem wspominane procesy doprowadzić mogą do dekompozycji samego katolicyzmu poprzez podziały wewnątrz struktury tego kościoła, których początki już dzisiaj widać, choćby w zaciekłych atakach duchownych polskiego kościoła na papieża Franciszka. Równolegle duchowni katoliccy o pentekostalnych sympatiach  propagują postawy religijne właściwe dla tego ruchu wewnątrz Kościoła Katolickiego i przejmują jego poboczne instytucje, jak to można zaobserwować na przykładzie portalu deon.pl firmowanego przez jezuitów.

Usiłowania – szczególnie widoczne w kościele polskim – by było, jak dotychczas, wydaje się drogą porażki, zestawem działań prowadzących do podziału i zaniku ogromnej wartości jaką jest KK. Pójście w drugą stronę, to jest akceptacja wszelkich nowości, to skok do basenu, w którym nie wiadomo czy jest woda, choć zapewniają o tym różni nauczyciele „nowej fali’.

Kościół może dokonać następujących zmian:

  • Dowartościować rolę świeckich, tak by nie byli, jak obecnie, biernymi widzami, tylko realnie aktywnymi uczestnikami.
  • Przenieść punkt ciężkości z nauki o potrzebie przestrzegania reguł i uczestnictwa w nabożeństwach, na naukę o potrzebie miłości do Boga i ludzi. Nie znaczy to, że pierwsze należy anulować, tylko że ono ma być konsekwencją i pomocą w miłości.
  • W kwestii reguł życia przyjąć zasadę, że „Szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”, to znaczy, że reguły i zasady pełnią rolę służebną wobec dobra człowieka.
  • Kwestią wagi zasadniczej jest wymóg w stosunku do hierarchii  (ale nie tylko) takiego pójścia w kierunku Boga, które zaowocuje przykładami świętości, przykładami pociągającymi wiernych. Metoda na „ekonoma” nie ma szans na kontynuację. Niezbędne jest „boże szaleństwo”, bez tego, nauka pozostanie sucha i nie wytrzyma konfrontacji z bogactwem doświadczeń i wrażeń dostępnych „od ręki” w nowych ruchach religijnych.
  • „Kto chce być wśród was największy, niech służy wszystkim” – ta reguła powinna się stać boleśnie egzekwowanym wymogiem. Służenie rozumiane jako bycie ponad i zarządzanie oraz rozliczanie ludzi, będzie znajdować coraz mniejszy oddźwięk.
  • Ostatecznie, na serio, a nie tylko werbalnie, Kościół może zacząć głosić DOBRĄ nowinę. Nowinę, która u słuchaczy wywoła uśmiech. Może zacząć uczyć radości, bo do tej pory, nowina była jakby pesymistyczna nieco, mimo tego, że była zasadniczo prawdziwa.

Tymczasem, jak pisze bloger Amstern, w Niemczech zamknięto ostatni klasztor trapistów. Może to konieczność. A jednak… szkoda. Kościół Katolicki to niezwykła tradycja. Zwykle w chwilach krytycznych odnajdował równowagę i drogę wyjścia na prostą. Czy teraz będzie podobnie?

———————————————————–
zdjęcie: https://globalaktual.com/wp-content/uploads/klarifikasi-potensi-tsunami-pdg.jpg

„Redaktorzy” deon.pl chwalą się

Na głównej stronie deon.pl ukazał się tekst Szymona Żyśko, będący apologią działalności „redaktorów” i  „blogerów” portalu deon.pl. Oto niektóre tezy tego materiału z komentarzem:

Blogerzy DEON.pl są dziś opiniotwórczym środowiskiem.
Nie, nie są. Opiniotwórcze środowisko wpływa na kształtowanie się opinii społeczeństwa. Jeśli zatem to „blogerzy” DEON.pl są tym środowiskiem, to liczba czytań i komentarzy pod tekstami tych osób, powinna być b.duża, gdyż to pokazuje potencjalny WPŁYW na opinie społeczną.

Liczba większości komentarzy pod tekstami większości blogerów DEON.pl wynosi ZERO. I to by było na tyle, tytułem komentarza wiarygodności tej tezy.

Głos naszych czytelników liczył się już w niejednej dyskusji.
Pod blogami opublikowanymi przez REDAKTORÓW rzeczywiście pojawia się dyskusja. Da się powiedzieć, że większość opinii o tezach wybranych tekstów jest negatywna. Stąd sama teza jakaś dziwna,

Nadajcie rytm naszej pracy i uczycie nas wielu wartościowych rzeczy, zupełnie nowego spojrzenia na świat.
Redaktor piszący te słowa, kasował bez uprzedzenia i bez wyjaśnienia moje komentarze pod swoim tekstem.  Ten zwyczaj – wolno wnosić – jest stosowany szerzej w ramach uczenia się przez redaktorów DEON.pl „zupełnie nowego spojrzenia na świat”. Także blokowanie kont użytkowników bez wyjaśnienia i bez ostrzeżenia jest stosowaną praktyką DEON.pl.

Staramy się wyłapać talenty i dać im szansę pisania pod własnym nazwiskiem.
Pisać pod własnym nazwiskiem KAŻDY MOŻE bez starań redaktorów DEON.pl. Jeżeli, jak pisze pan Żyśko, do DEON.pl dołączyły TYSIĄCE blogerów, to jak wyglądają efekty starań redakcji w wyłapywaniu talentów? To znaczy jak liczne grono blogerów umieszcza swoje teksty na głównej stronie deon.pl?

Wygląda bowiem na to, że to niewielka grupa kilku osób, może dziesięciu ale to chyba liczba przesadzona, które stale publikuje materiały o tym samym wydźwięku i profilu.

Raz w miesiącu grupa blogerów dostaje od nas zaproszenie, żeby napisać na zadany temat. Ten sam dla wszystkich. To pokazuje, jaką wspaniałą i różnorodną wrażliwość posiadają.
Kluczowe sprawy to:
1. WYBÓR tematów przez szefów (redaktorów – tu pan Szymon Żyśko i być może współpracownicy). Ten WYBÓR przynosi charakterystykę zainteresowań oraz intencji wpływu na odbiorców przez osoby zarządzające tematyką i treścią deon.pl.

Ostatnie tematy chrześcijańskiego portalu to
– jak dobrze być singlem
– jak ciężko być matką
– jakim złem jest klaps dla dziecka
– kobiety są poszkodowane i powinny odgrywać w kościele większą rolę.

2.  Pisanie na ten sam temat, skutkuje MONOKULTURĄ tematyczną portalu.

3. Artykuły pisane na wybrane przez zarządzających treścią tematy są takie same w wymowie ideowej, aksjomatycznej, duchowej czy mentalnej. Po prostu grono, które się wzajemnie rozumie pisze to samo, nieco innymi słowami.

Chcemy z wami współpracować i razem odkrywać Kościół, zmieniać się na lepsze.
Pod warunkiem, że będziecie myśleć i pisać jak my. A i to niekoniecznie, bo ilość miejsc osób publikujących na stronie głównej jest ograniczona i zajęta przez nasze fajne grono.

Sumując

Skarbem deon.pl były i pozostają teksty osób duchownych. Tacy księża jak Żmudziński, Piórkowski, Stopka, Siepsiak ubogacali to miejsce niebanalnymi refleksjami i wskazaniami. Wielka szkoda, że niektórzy z nich coraz rzadziej.

Teksty powstające w ramach inicjatywy „redaktorów” deon.pl, to strumień tekstów homogenicznych poglądowo i ograniczony do kilku wybranych osób, takich jak panie „Julia Planeta, Angelika Szelągowska-Mironiuk ,  panowie Żyśko, Lewandowski i kilka innych.

Jest to „ciągle to samo”, bez jakiejkolwiek różnorodności. Zjawisko przypominające sytuację z anegdoty w komunistycznej Polsce, gdy dzieci w szkole pisały wypracowania na temat „Kto jest twoim bohaterem i dlaczego to Lenin”.

Gdy spojrzeć na żywe portale blogerskie to liczba czytań tekstów blogerów mierzona jest w setkach i tysiącach, komentarze są częste i wpływają na kształtowanie się opinii. Gdy spojrzeć na blogosferę deon.pl to jest to zwykła śmierć. Teksty „tysięcy” blogerów leżą tam nieme i niewidoczne. Nikt ich nie czyta i nie komentuje. Wybrana, bardzo nieliczna, grupka osób, spojona profilem ideowym promuje się wzajemnie i promuje własne poglądy – w pewnym sensie – kosztem tysięcy blogerów, których tak wychwala na własnych ramach.