Do czego są media społecznościowe czyli o życiu i rzeczywistości

Do czego jest Salon24.pl? Możesz myśleć, że do wymiany myśli. To taka platforma blogerska, która umożliwia ludziom pisanie ważnych rzeczy i dialog w przestrzeni publicznej. Dzielenie się ideami, dyskutowanie, wykuwanie nowych poglądów i postaw. Zapomnij. Nic z tych rzeczy. Albo… część z tych rzeczy w charakterze farby, dekoracji, tego czym Salon24.pl jest.

Czy zatem jest JEST Salon24.pl? Więc… jest mechanizmem przetwarzania aktywności ludzi na pieniądze dla właścicieli Salonu24. Jest jednak czymś jednocześnie o wiele więcej. Jest mechanizmem kształtowania myślenia wszystkich używających Salonu24. Ale… Jest jeszcze czymś więcej, jest jednym z wielu mechanizmów POLOWANIA na uwagę ludzi. Musisz kliknąć, musisz przeczytać, musisz swoją uwagę i świadomość skierować na tę, a nie inną treść.

Tak więc te trzy: zarabianie pieniędzy na ludzkiej aktywności, polowanie na ludzką uwagę i kształtowanie świadomości i myślenia ludzi są funkcjami takiego tworu jak Salon24. Dlaczego? Dlaczego tak właśnie jest? Czy kryje się za tym jakaś złowroga postawa właścicieli Salonu? Jakiś ich machiaveliczny plan? Jakaś po prostu chęć wykorzystania i zmielenia ludzi?

Nie. Właściciele to porządni i uczciwi ludzie, tacy jak my. Ale… tak jak my – muszą coś „jeść”. I choć „jeść” zapisane jest w cudzysłowie, który oznacza i sugeruje, że chodzi o coś więcej niż po prostu zaspokojenie uczucia głodu, to jednak chodzi z grubsza o to właśnie, o zaspokojenie potrzeb życiowych: mieszkania, życia na jakimś niezłym w społecznym rozumieniu poziomie itd.Aby ten poziom osiągnąć, trzeba wykazać się aktywnością i pracą, trzeba wziąć udział w „grze”, rozumianej jako zbiór możliwych działań powodujących dla „grających” określone skutki.

Na czym polega ta gra, co jest tkanką i zasadą mechanizmów społecznych, w których wszystkim nam, w tym właścicielom Salonu, przychodzi funkcjonować. Więc.. To jest gra, w której jest tylko jedno kryterium: zysk. Jasne, jasne liczy się uczciwość, patriotyzm, prawda, kultura… nie prawda. Ostatecznie liczy się wyłącznie zysk. Te wcześniejsze atrybuty postępowania, mogą osiąganiu zysku służyć, ale mogą też skutkować ponoszeniem strat, zależnie od stanu społeczeństwa, a ten stan stopniowo, bo wcale nie od zawsze ZYSK był ostatecznym kryterium, ulega ewolucji w kierunku unieważnienia wszystkich innych kryteriów poza tym jednym – zyskiem.

Rozkład Pareto

Gdy gracze grają w „Monopol” zaczynają z równą ilością pieniędzy. Gra polega na transakcjach i każdy dąży do osiągnięcia jak najwyższego stanu posiadania. Jest bardzo ciekawa rzecz związana z tą grą, w miarę jej trwania coraz więcej graczy ma mniej i mniej, i coraz mniejsza grupa ma więcej i więcej. Jeśli proces ten trwa wystarczająco długo, to kończy się tak, że jeden gracz ma wszystko, reszta zostaje ze śmieciowymi zasobami.

W „Monopolu” jak w życiu, różne rzeczy się mogą zdarzyć. Możesz być inteligentniejszy od innych i dokonywać lepszych transakcji, możesz czasem mieć po prostu szczęście, ale gdy przekroczysz pewien próg ubóstwa – praktycznie koniec – nie wydźwigniesz się do poziomu tego, kto ma najwięcej, będziesz zmierzał w kierunku jeszcze większej przegranej.

Opisany mechanizm jest właściwy każdemu swobodnemu mechanizmowi wymiany dóbr, który nie jest ograniczony i korygowany jakimś mechanizmem spoza tej gry. A ponieważ trudno o korektę mechanizmu społeczeństwa spoza tego społeczeństwa, to jako zasada obowiązuje w nim rozkład Pareto, mała jego grupa dysponuje zasobami coraz większymi, a reszta coraz mniejszymi.

Socjalizm deklarował zniesienie tego mechanizmu. Jaki był finał? Teoretycznie własności nie posiadał nikt, bo prywatna była zakazana. W rzeczywistości własność to tylko inna nazwa relacji kontroli człowieka w stosunku do zasobów. Jeśli coś kontrolujesz to jest to twoją własnością, jeśli coś jest określone jako twoja własność, ale nie masz nad tym kontroli, to określenie to jest błędne. W socjalizmie niewielka grupa społeczeństwa miała pod kontrolą większość jego zasobów, skupiła własność w swoich rękach skazując resztę na wegetację. Co więcej, odbierając możliwość „wygrywania” czegokolwiek, uczyniła „grę” nie grywalną. Czy się stoi czy się leży – a więc czy się gra czy się nie podejmuje wysiłku – dwa tysiące się należy. Wszystko się zawaliło.

W anglojęzycznym świecie co roku ok kilkaset książek osiąga nakłady powyżej 100 tysięcy egzemplarzy. A ile wychodzi tytułów? Około miliona. Mamy milion autorów publikujących swoje książki i kilkuset sprzedających dobrze. Kropla w morzu. Rozkład Pareto. Ale idąc dalej, jest kilku, którzy zgarniają większość możliwych do osiągnięcia przychodów finansowych. Dlaczego? Bo są ZNANI. To znaczy JUŻ wygrali dużo w tej „grze”. Ponieważ są znani, to się ich wydaje i o nich pisze, i umieszcza się ich książki w ogromnej ilości miejsc sprzedaży, od księgarni, przez market, po punkty sprzedaży na lotniskach. Ponieważ są znani i się sprzedają, to ich książki w tej miriadzie punktów sprzedaży umieszcza się na półkach na wysokości oczu, tak że przechodzący w pośpiechu, w zalewie nieskończonej niemal ilości bodźców potencjalny nabywca, po prostu sięga po to – co widzi!

Następuje potęgowy wzrost sprzedaży, generujący wzrost sprzedaży. Bingo. Rozkład Pareto. Ci co mają więcej, mają więcej ponad to, co można sobie wyobrazić jako ekwiwalent ich wkładu i wysiłku, ci co mają mniej, będą mieć jeszcze mniej, niezależnie od wkładu i wysiłku. Oczywiście w systemie rzeczywistym, zdarzać się mogą anomalie i wyjątki, które ze względu na swoją wyjątkowość, tylko podkreślają i dowodzą istnienia reguły. Ta reguła z kolei obowiązuje i kształtuje w sposób nie podlegający zakwestionowaniu – społeczeństwo.

Polowanie na uwagę

Facebook, YouTube, Salon24 i wiele innych publicznie dostępnych platform nie pobiera od użytkowników opłat za dostarczane treści, możliwości i usługi. Jednocześnie z powodzeniem finansuje swoje istnienie stając się dochodowymi przedsięwzięciami. W technicznym sensie dzieje się to przez publikowanie reklam i pobieranie opłat od reklamodawców. Ale czym w końcu płacą użytkownicy tych platform. Hmm… płacą swoją UWAGĄ. Sprzedają swoją UWAGĘ to znaczy dostęp do swojej ŚWIADOMOŚCI, możliwość napełniania jej tym, co zechce dostarczający „bezpłatne” usługi dostawca.

Platformy medialne „kupują” tę uwagę, kupują od użytkowników możliwość napełniania ich świadomości i sprzedają tę możliwość tym, co dostarczą właścicielom medialnych platform, pieniędzy lub innych potrzebnych im wartości czy zasobów. De facto sprzedajemy samych siebie, swoje myślenie, swoje myśli. Oczywiście do pewnego stopnia, którego sami, wcale nie jesteśmy w stanie oszacować. Ale reklama jest skuteczna, bo reklamowane produkty się sprzedają. A kampanie społeczne zmiany myślenia ludzi odnoszą błyskotliwe sukcesy, bo tak szybkich zmian w przekonaniach ludzi jak w ostatnich 20-30 latach, próżno szukać w przeszłości.

I znów, nie dzieje się to, wskutek jakiejś złośliwości właścicieli strumieni medialnych, tylko wskutek zasad, kryteriów i charakteru „gry”, w która jako jedyna jest do zagrania. Tutaj determinującą w/w skutki zasadą jest zamieszczanie reklam w strumieniu ogólnodostępnych informacji. Gdyby – to nie do wyobrażenia – zamieszczać reklam w takich strumieniach nie było można, to każdy musiałby ZAPŁACIĆ pieniędzmi, za dostęp do danej usługi, platformy, strumienia. A przecież, wielu nie byłoby stać. A może byłoby? Bo w cenie produktów, które nabywają PŁACĄ przecież za reklamy, które oglądają! Może lepszym rozwiązaniem byłyby „gazetkowe strumienie medialne” zawierające wyłącznie reklamy, dla tych, co chcą je pooglądać, by się czegoś dowiedzieć?

Więc każda platforma robi wszystko, żeby „schwytać uwagę” człowieka. Księgarnia poprzez odpowiednie rozłożenie książek na półkach. Salon24 przez kolorowe obrazki i krzykliwe, jątrzące, skłaniające do reakcji tytuły. Przecież to właśnie te dwie „rzeczy” zarezerwowali dla siebie właściciele salonu24 – opatrywanie treści obrazkami i tytułami. Nie przez PRZYPADEK. To jest ESENCJA działania platformy jako wielkiego polowania na uwagę ludzi.

Bardzo podobnie postępują wielcy. Czerwony dzwoneczek na intensywnie niebieskim tle belki na górze ekranu wręcz krzyczy od odbiorcy facebooka – masz nową wiadomość albo reakcję. Nie sposób NIE KLIKNĄĆ. Tam może być coś ciekawego, ważnego, istotnego. Klikamy, czytamy, mają nas.

Platformy medialne wykorzystują paliwo. Energię. Surowiec. Tym paliwem, energią, wsadem jesteśmy my sami i nasze interakcje z innymi. Mamy coraz to mniej interakcji realnych. Prawdziwych rozmów o życiu, bycia w otwartym, ciekawym kontakcie z innymi. Relacje rzeczywiste stają się interesowne, zdawkowe, bo trzeba zarabiać pieniądze, kulawe – bo jesteśmy dla siebie rywalami, konfliktowe – bo walczymy, bo presja itd.

Więc dzieje się rzecz niezwykła, PRZENOSIMY RELACJE NA PLATFORMY MEDIALNO-ELEKTRONICZNE. Tabuny nastolatek z wlepionymi w ekran twarzami. Setki tysięcy i miliony tweetów, komentarzy, treści pisanych w oczekiwaniu na reakcję, na relację, na wymianę, na walkę, na wsparcie. W sensie świadomości, relacji i interakcji zaczynamy ŻYĆ  wymiarze i w świecie strumieni medialnych, które przecież mają swoich właścicieli, którzy mają swoje interesy, którzy będą sprzedawać miejsce w naszej świadomości do wypełnienia, którzy zrobią wszystko, co możliwe, by przykuć naszą uwagę, by stać się nałogiem, przywiązaniem, nawykiem, od którego nie sposób się uwolnić.

Kształtowanie myślenia

Inne platformy, religijne, antyreligijne, polityczne prowadzą swoje krucjaty. Walki w świecie przekonań, w świecie idei, w świecie polityki. Większe robią podobnie. Jedne treści promują i propagują inne spychają na niższe pozycje lub wyłączają całkowicie. Możliwość wpływania przez właścicieli mediów na to, jaki będzie zasięg konkretnego przekazu, konkretnych treści, jest oszałamiający. Zwykłe różnica między pierwszym miejsce na stronie portalu, a takim gdzieś w środku to są RZĘDY WIELKOŚCI odbiorców więcej lub mniej w zależności od umieszczenia tej informacji. Literalnie administratorzy mediów mają władzę nad tym, CO MYŚLĄ i O CZYM MYŚLĄ statycznie ludzie. A ponieważ procesy rynkowe i polityczne mają charakter statystyczny, to mają władzę nad ich efektami.

Trzeba wzbudzić zainteresowanie daną tematyką w danym okresie – dajmy pierwsze miejsca plus bulwersujące tytuły. Chcemy wyciszyć jakieś zagadnienie, usunąć je ze świadomości społeczeństwa? Spuśćmy „niechcący” treści je poruszające na „dalszy plan”. Przecież nadal POZWALAMY PUBLIKOWAĆ. Każdy może sobie publikować. Tyle, że społeczeństwo już tego nie zobaczy, w sensie mechanizmów statystycznych, a te są istotne. Mechanizmy wyboru tematyki mogą być różne, najczęściej chodzi o „klikalność” tematu, o to w jak dużej potencjalnej populacji wzbudzi on reakcje emocjonalne, skłaniające ludzi do zajęcia uwagi właśnie tą publikacją. Mogą jednak występować dodatkowo kryteria sympatii dla idei, ruchów lub zjawisk.

Podstawową jednak oczekiwaną cechą myślenia odbiorców w perspektywie strumieni medialnych jest jego FRAGMENTARYCZNOŚĆ. Odbiorcy nie powinni być zdolni do dłuższego skupienia uwagi, do prowadzenia nieprzerwanych procesów myślowych, do kojarzenia faktów, przyczyn, skutków i mechanizmów w spójne i czasem dłuższe związki logiczne. Pożądane z punktu widzenia „biznesu” jest, by uwaga odbiorcy była do pewnego stopnia „strzaskana”. By potrafił skupić się jedynie na krótkim akapicie, krótkim przekazie. To gwarantuje elastyczne przeskakiwanie przez odbiorcę, po dostarczanych CORAZ TO NOWYCH treściach, których nie sposób ułożyć w spójną całość, których nowość jest „nowa” pod warunkiem wyjęcia ich z kontekstu innych wcześniej publikowanych, których sens istnieje wyłącznie w obrębie nich samych, tj. krótkiego przekazu, którego odbiór w szerszym i zrozumiałym kontekście byłby dla człowieka bezcelowy.

Więc uwaga odbiorcy zostaje strzaskana, na krótkie fragmenty, na oddzielone od siebie – i nie pozostające we wzajemnych logicznych powiązaniach – przestrzenie świadomości, które człowiek zapełnia chwilowo „nowymi” treściami. Niezdolny do prowadzenia wnioskowania wykraczającego poza proste reakcje emocjonalne i uzasadnienia dla przeżywanych świadomie i podświadomie uczuć, człowiek taki jest coraz lepszym klientem medialnej gry, w której chodzi o zysk.

Mechanizmem i inicjatorem podejmowania działań przez człowieka przestaje być rozum lub rozsądek, stają się emocje i uczucia. Działanie polegające na wyborze informacji lub abstynencji od ich przyjmowanie staje się trudne i nie do zniesienia, wobec potrzeby doświadczania uczuć „brania udziału”, „wpływania na kształt”, „bycia zauważanym i docenianym”, „dawania odporu”.

W efekcie otrzymujemy idealnego klienta. Osobę, która jest w stanie się skupić tylko na krótkich porcjach przekazu informacyjnego, która nie potrafi prowadzić rozumowania umieszczającego otrzymywane treści w logicznym i racjonalnym kontekście tłumaczącym sens całości. Osobę, która „myśli emocjami”, żywi się niemal głównie emocjami. Osobę, która swoje relacje z innymi przeżywa nie wprost, ale ZA POŚREDNICTWEM platform medialnych.

Rzeczywistość i co z nią możemy zrobić

Więc strony internetowe, serwisy społecznościowe, platformy medialne nie są PO TO, żeby ułatwiać, nie są DLA odbiorcy. Są po to, żeby zarabiać, są po to, żeby tego odbiorcę do zarabiania wykorzystywać. Wynika to z konieczności prowadzenia ostrej gry, w której jedynym kryterium wygranej jest zysk, a kształtuje się on wg. rozkładu Pareto. W tę grę zresztą, zgodnie z jej mechanizmami, grają także i inni. Na przykład politycy, którzy haseł, idei, wartości, zapowiedzi swoich intencji, używają jako mechanizmu zapewnienia sobie korzyści. W świecie ludzi, których procesy decyzyjne i percepcja są determinowane niemal włącznie przez proste emocje, których uwaga jest strzaskana, którzy – także wskutek zmian edukacji – nie potrafią używać intelektu, którzy próbują grać w „grę”, jest to zachowanie – udawane propagowanie idei w celu realnego osiągania korzyści – naturalnym i racjonalnym wyborem, jeśli chce się wygrać.

Czy coś możemy zrobić? Jeśli desygnatem owego „coś” ma być jakaś widoczna i odczuwalna ZMIANA rzeczywistości, to nic nie możemy zrobić. Nie mamy zasobów, żeby zagrać w grę, a ci co je mają, wygrali je wg. jej zasad. Są jednak trzy przesłanki, aby próbować jednak coś robić. Próbować po swojemu myśleć. Próbować zrobić cokolwiek, nawet z samymi sobą, zamiast „płynąć z prądem” czyli grać w „grę”, której natury nie rozumiemy, której efektów nie potrafimy przewidzieć.

Pierwsza z nich to „efekt motyla”. Zjawisko polegające na tym, że może zaistnieć taki układ otoczenia, że minimalna zmiana może wywołać lawinę innych zmian, które w efekcie dają „tektoniczne” przesunięcia. Może być tak, że sytuacja dojrzeje do zmiany i trzeba jakiegoś niewielkiego impulsu by owa zmiana zaistniała. Twoje działanie może być tym impulsem. I może nim nie być. Nie wiemy tego.

Drugi powód, dla którego warto coś robić, to powód estetyczno-kulturalny. „Tylko stracone sprawy są godne gentlemana” – głosi anglosaskie powiedzenie. Niesie ono przesłanie, że tłumowatość – wyrachowane postępowanie zgodnie z większością – ma niższą wartość niż stanięcie przeciw trudnościom, o których myślimy, że nieprzezwyciężone. To jest być może jakaś scheda po etosie rycerskim, po marzeniach o wolności, roztapiającej się dzisiaj w medialno-edukacyjnych młynach mielących świadomość ludzi.

Trzeci powód jest natury religijnej. Jezus Chrystus – wiem, jak potwornie niezręczne jest do Niego odwołanie – przyszedł, by poświęcić się za świat, za ludzi. W tym sensie jego ofiara staje się jakimś zobowiązaniem dla każdego człowieka, by próbować zrobić coś dobrego. W zasadzie za wszelką cenę. Tym bardziej za cenę niewygórowaną, jaką jest wysiłek i czas.

I to chyba wszystko. Życie to wielobarwna i ciekawa rzeka. My współtworzymy jej kolorystykę i kształt. Wydobywamy z bezwładności i nieładu, sens i porządek. Tak współpracujemy z tym archetypicznym sensem i porządkiem, który przecież jest jednym –  powoływaniem do istnienia z chaosu i bezładu. Chaos z porządkiem współistnieją. „A światło w ciemności świeci i ciemność go nie ogarnęła”. Możemy być światłem, możemy rozświetlać ciemność. Każdy z nas, jakąś maleńką iskierką własnego starania. Własnego serca. Własnego słowa i co ważniejsze CZYNU. W ten sposób, staniemy się „żołnierzami światła”, współgospodarzami sensu i porządku, braćmi innych ludzi, częścią tej rzeki, którą jedni nazywają Życiem, inni Miłością, która nas z siebie wyłoniła, której przeznaczenia nie znamy, choć się jakoś spodziewamy, którą cieszyć się wypada, tu i teraz.

Katolickie LGBT

image

Kościół Katolicki w instytucjach przez siebie prowadzonych, poprzez media i ludzi, choć może nie z najwyższego świecznika, ostatnio pochyla się nad zagadnieniem lgbtq. Tego przykładem jest postawa portalu deon.pl a więc internetowego medium prowadzonego przez Towarzystwo Jezusowe (jezuici) oraz Wydawnictwo WAM.

Warto zapoznać się z tekstem: „Katoliczka, animatorka wspólnoty, blogerka: „Od ponad 3 lat wiem, że #jestemlgbt„, który jest jednym z wielu, mających kształtować myślenie i postawy katolików.

Co wiemy z tekstu?

Autorką myśli w zawartych w artykule jest Agnieszka, 27 letnia dziewczyna Warszawy – {INSTAGRAM}. Agnieszka jest katoliczką, często uczestniczącą we mszy świętej, byłą postulantką we franciszkańskim zgromadzeniu zakonnym. Jest animatorem* we wspólnocie, w której wzrasta od 10 lat (z przerwami zakonnymi). Jest ewangelizatorem* i współprowadzi rekolekcje. (* – określenia w brzmieniu użytym przez Autorkę).

Agnieszka od ponad 3 lat wie, że jest: „#jestemlgbt”. Nadal przyjmuje w pełni nauczanie Kościoła i chce żyć zgodnie z tym, w co całym sercem wierzy. Agnieszka nie jest ideologią. Nie zgadza się z postulatami, o których wszędzie głośno. Wiele tych głośnych rzeczy ją boli i dotyka.

Najbardziej boli Agnieszkę generalizowanie… „Naprawdę nie wszyscy należący do jakiejkolwiek grupy społecznej są tacy sami!” – pisze w swoim tekście.

Aga chciałaby tylko jednego – „żeby żaden człowiek na tym świecie nie musiał się bać prawdy o sobie.”

Comming out – powody

Nie przypuszczałam, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym zrobię publiczny coming out – mówi Agnieszka. – A już na pewno nie wiedziałam, że nastąpi to teraz.”

Dlaczego się zdecydowała?

1. – zaczynałam się dusić z tą tajemnicą, którą w sobie noszę.
2. – chcę być prawdziwa i nie chcę się wstydzić tego, kim jestem
3. – zwłaszcza, że nie robię nic, co mogłoby faktycznie być powodem do wstydu
4. – zależało mi na tym, żeby pokazać, że nie wszyscy są tacy sami
5. – bardzo nie lubię generalizowania, wrzucania wszystkich ludzi z danej grupy społecznej do jednego wora
6. – nadarzyła się okazja – hasztag #jestemlgbt zaczął krążyć po Instagramie

Czego Agnieszka nie chce?

Nie chcę być postrzegana przez pryzmat seksualności.

Czego Agnieszka uczy?

– To kradzież jest zła, a nie człowiek, który ukradł. To pobicie kogoś jest złe, a nie ten, który pobił. To pedofilia jest zła, a nie człowiek, który się jej dopuścił. Szokujące? Za mocne? Ale prawdziwe!
– Każdy z nas z natury jest dobry. Każdy-jest-dobry. Niezależnie od tego, co robi.

Tezy tekstu:

1. Co to znaczy LGBT (ludzie czy ideologia?).

Teza katolickiego portalu jest taka, że LGBT nie odnosi się do ideologii, tylko do ludzi. Jeśli ktoś mówi albo myśli o LGBT to znaczy, że mówi i myśli także o ewangelizatorze i animatorze Agnieszce z Warszawy lat 27, która w pełni przyjmuje nauczanie kościoła katolickiego.

Każdy, kto krytycznie odnosi się do LGBT, krytycznie odnosi się nie do jakiejś ideologii, tylko do ludzi w tym animatora i ewangelizatora Agnieszki z Warszawy, która podąża za nauką kościoła i współprowadzi rekolekcje.

To uprawniona teza, ale powstaje pytanie takie: Czy ideologia LGBTQ istnieje czy  nie istnieje? Ideologia rozumiana jako zbiór poglądów i idei. Wydaje się, że na to pytanie należy odpowiedzieć twierdząco. Z pewnością istnieje ideologia „gender”, której istnienie potwierdził w swoim liście z 2013 roku rektor KUL, pisząc iż uniwersytet podejmuje ” badania nad ideologią „gender”. Podobnie istnieją poglądy i idee związane z zagadnieniem homoseksualizmu, sytuujące go w kontekście porządku społecznego i naturalnego.

Skoro więc ideologia LGBT istnieje to dlaczego termin LGBT nie odnosi się do tej ideologii? Nie widać po temu żadnych racjonalnych powodów. Co więcej, jak postawa Autorki wskazuje, osobą LGBT staje się ktoś wskutek DEKLARACJI. To Autorka uznała, że jednak jestlgbt. Co jeśli lesbijka uzna, że jednak nie jest? Czy wolno nam bezprawnie i bezpodstawnie zaliczać taką osobę do ustalonego przez kogoś arbitralnie zbioru lgbt(q)? Chyba nie. Ludzie są wolni.

Więc może jednak LGBT odnosi się do ideologii, tak jak komunizm odnosi się do ideologii, zaś ludzie identyfikują się z danym określeniem, poprzez świadome przyjęcie idei i postulatów danej ideologii. Mamy więc komunizm i komunistów, lgbt i lgbtistów.

Ale komunista, który nie zgadza się z postulatami komunizmu wcale komunistą nie jest. Jestem komunistą, jestem przeciwny społecznej własności środków produkcji! – Taka deklaracja ty syndrom zaburzenia psychicznego albo głupoty. Taki ktoś NIE JEST komunistą. Tak jak Agnieszka, która nie zgadza się z postulatami lgbt – które jak się okazuje ISTNIEJĄ, bo Agnieszka się z nimi nie zgadza – nie jest wcale żadnym lgbt. Jest po prostu dziewczyną o być może skłonnościach lesbijskich i tyle.

 

2. Nie wolno dokonywać generalizacji.

Autorka przekonuje, że nie należy dokonywać „generalizacji”, bo nie wszyscy są tacy sami. Wydaje się mieć rację z drugiej części stwierdzenie, bo istotnie – nie wszyscy są tacy sami. Jeśli jednak ktoś deklaruje się jako #jestemkomunista to zaliczenie go w poczet komunistów jest naturalną konsekwencją jego postępowania. Nie jest jasne, co konkretnie boli tu panią Agnieszkę.

3. Co jest najważniejsze na świecie

Stwierdzenie, że chciałabym tylko jednego – „żeby żaden człowiek na tym świecie nie musiał się bać prawdy o sobie.” jest dość zawężające jeśli chodzi o tylko jedną rzecz na świecie. Ludzie postawieni przed takim zagadnieniem, powiedzieliby: Chciałbym tylko jednego – pokoju. Inny, żeby człowiek już nigdy nie umierał z głodu. Ktoś inny, że chciałby tylko jednego, żeby w relacjach między ludźmi dominowała postawa miłości.

Ale dla Agnieszki najważniejsze, to żeby żaden człowiek na świecie nie musiał się bać prawdy o sobie. Pomijając dość szczególny wybór postulatu, wskazujący na daleko posunięte skupienie uwagi na samym sobie, to niby dlaczego? Dlaczego człowiek nie musiałby się czasem BAĆ prawdy o samym sobie? Czy to czasem nie może być korzystne? Może to wskazuje na ROZBIEŻNOŚĆ tego, co człowiek ceni i tego, co człowiek robi? Można zmienić jedno lub drugie. Co wybrać? Zmianę systemu wartości czy postępowania?

Strach jest naturalnym stanem człowieka, bez którego dawno byśmy wyginęli albo narobili nieziemskich głupot. Strach przez konsekwencjami, strach przed potępieniem, strach przed stawieniem czoła własnej słabości lub podłości. Strach zawsze jest równoważony przez odwagę. Na tym polega człowieczeństwo. Gdyby nie było strachu bez sensu byłaby odwaga, a ludzie robią czasem takie rzeczy, że trzeba odwagi „by spojrzeć sobie w twarz”, bo strach. Więc to czasem dobrze, gdy się go odczuwa, bo to sygnał, że może narobiliśmy rzeczy, o których lepiej nie myśleć.

4. Emocje i odczucia.

Autorka pisze, że zaczynała się dusić z tą tajemnicą, że widok lub wyobrażenie innej kobiety wywołują u niej jakieś skojarzenia lub chęci ze sfery współżycia intymnego. Nie jest do końca jasne, dlaczego Autorka dusiła się z tą tajemnicą, a już się nie dusi, gdy wszyscy o tym wiedzą. Zasadniczo rzecz biorąc, współżycie intymne z natury rzeczy JEST TAJEMNICĄ osób, których dotyczy, bo to jest rzecz INTYMNA.

Ludzie zasłaniają swoje ciała i osoby, i wstyd jest konstytutywną cechą człowieczeństwa. Ów wstyd, owo rozgraniczenie tego, co publiczne i intymne/prywatne to jest postawienie GRANICY, granicy, która stanowi o osobie. Człowiek te granice, jeśli chce, pozwala przekraczać drugiemu. I to jest właśnie piękno relacji międzyludzkich, i tak się właśnie wypełnia GODNOŚĆ osoby, że istnieje sfera zastrzeżona, której gospodarzem jest wyłącznie człowiek.

Gdy nie ma tego, co intymne, gdy to, co prywatne jest publiczne, to nie ma GODNOŚCI, nie ma suwerenności człowieka, zaś jest początek totalitaryzmu, bo totalitaryzm to system, w którym jednostka nie ma suwerenności, w żadnej sferze. Nawet jej sfera prywatna jest publiczna, odsłonięta.

Dlaczego zachowywanie w sferze intymnej, tego co jest intymne, dla Pani Agnieszki było związane z poczuciem duszenia się, jest trochę niezrozumiałe, ale należy przyjąć, że autentyczne, tym bardziej niezrozumiałe. – Będę się dusił jeśli nie powiem publicznie jak chciałbym współżyć seksualnie? Dla wielu ludzi to aberracja. Dawniej – problem psychiczny wymagający pomocy.

5. Być prawdziwym.

” chcę być prawdziwa i nie chcę się wstydzić tego, kim jestem”

W jaki sposób można stać się prawdziwym, publicznie obwieszczając sąsiadowi, córce sąsiada, sprzedawcy w pobliskim sklepie, jakie ma się preferencje seksualne? W jakim sensie Agnieszka stała się prawdziwa, informując rodzinę i tych, których ewangelizuje, o swoich skłonnościach w dziedzinie współżycia intymnego?

Co to w ogóle znaczy: chcę być prawdziwy/prawdziwa? To chyba znaczy, nie chcę udawać. Chcę mówić to, co myślę, zachowywać się tak, jak chcę. To chyba znaczy – w rozumieniu Autorki – być prawdziwym.

Ale czy istotnie, mówiąc to, co myślimy, zachowując się tak, jak nas do tego popycha impuls i skłonności, jesteśmy PRAWDZIWI? Czy przypadkiem nie jest tak, że historia człowieczeństwa to jest historia nakładania sobie kagańca, na własne skłonności, impulsy, popędy. Czy nie jest tak, że kultura i obyczaj sprawiają, iż zachowujemy się i postępujemy nie w taki sposób JAKI NAM SIĘ CHCE, tylko w taki sposób JAKI WYBIERAMY JAKO SŁUSZNY.

Zatem to dokonywane wybory, wybierane wartości i wzorce, konsekwencja w podążaniu za tymi wyborami czyniłyby człowieka PRAWDZIWYM. Nie zaś, jak zdaje się sugerować Autorka, podążanie za ODCZUWANYMI IMPULSAMI, a tym bardziej informowanie o ich treści. Przez to, człowiek chyba nie staje się „prawdziwy”. Owszem odczuwamy różne popędy i mamy różne skłonności, ale to zwierzęta bezpośrednio są „prawdziwe”, bo bezpośrednio za nimi podążają. Duchowe tradycje zalecające takie podejście, mimo pięknych zamierzeń, nieodmiennie prowadziły swoich wyznawców na manowce – patrz taoizm.

Więc znów, czy publikacja informacji o swoich skłonnościach i impulsach umożliwia człowiekowi bycie prawdziwym?

6. Samoidentyfikacja i ocena ludzi.

Osoba, która ODCZUWA pokusy czy popędy, ale za nimi nie podąża, NIE JEST grzesznikiem. Osoba, która odczuwa skłonności by coś ukraść, ale nie kradnie NIE JEST złodziejem. To co nas identyfikuje, to CZYNY, a nie odczuwane popędy czy emocje.

Stąd Autorka, jeśli nie realizuje swoich popędów – bez oceniania czy dobre czy złe – w praktyce, to chyba błędnie się identyfikuje jako lgbt lub choćby lesbijka. Aby się stać osobą tego typu należałoby jednak coś zrobić. Same odczucia nas jeszcze nie identyfikują. Chłopiec odczuwający, że może jest dziewczynką, jest nadal chłopcem, tyle że odczuwającym, że jest dziewczynką. Nie jest dziewczynką, bo skąd ma wiedzieć, co czuje dziewczynka, skoro nią nie jest.

Autorka mająca 27 lat pisze, że każdy jest dobry niezależnie od tego, co robi. Wydaje się to zbyt daleko posunięte stwierdzenie. Otóż ocena człowieka zależy właśnie od tego, co robi. Pedofil dręczący dziecko nie jest człowiekiem dobrym, bo czyni zło. Koniec kropka. Może oczywiście stać się człowiekiem dobrym. Choć to trudne.

Nie jesteśmy tym, co ktoś o nas powie. Nie jesteśmy tym, co mamy gdzieś tam zapisane. Jesteśmy tym, co czynimy. Stąd – są źli ludzie. Są ludzie, którzy przychodzą po majątek i życie innych ludzi. Są ludzie, którzy znajdują przyjemność w dręczeniu i zabijaniu innych ludzi. Są ludzie, którzy innych ludzi niszczą fizycznie, psychicznie, duchowo, mentalnie. „Lepiej by takim kamień młyński u szyi przywiązać i rzucić w morze”, ktoś kiedyś o nich powiedział. Ale nowoczesny Ewangelizator, Agnieszka lat 27 ze stolicy, która dusi się tajemnicą o swoich intymnych skłonnościach seksualnych, uczy na łamach jezuickiego portalu całkiem inaczej. Takie czasy.