Wszystkie wpisy, których autorem jest Zbigniew Ściubak

https://camino.zbyszeks.pl/

List episkopatu Polski – „Przebudźcie się”

Droga przez Polskę

Ukochani w Panu bracia i siostry

Zebrani 15 lipca roku pańskiego 2018 na Wawelu, prastarej stolicy królów Polski, kierujemy do was słowa miłości i zatroskania. Przebudźcie się! To wezwanie wielokrotnie pojawia się na kartach Pisma Świętego. Cóż to znaczy – przebudzić się? Cóż to znaczy w historycznym i społecznym kontekście naszego narodu w dniu dzisiejszym?

Ewangelia zarysowuje przed każdym człowiekiem ścieżki życia prowadzące do szczęścia zarówno tu na ziemi, jak i szczęścia wiecznego z naszym Panem w niebie. Ten kto podąża za słowami Chrystusa, ten zapiera się siebie, szuka tego, co zgubione, we wszystkim pokłada nadzieję, bo jego siłą i mocą jest Bóg.

Świat tymczasem, w którym żyjemy, oferuje nam swoją własną siłę. Moc, z której pomocą możemy – jak to fałszywie nam podpowiada – naprawić niesprawiedliwości, ukarać zło, ustanowić dobre prawo i – co najważniejsze – zwyciężyć. Siłą, oferowaną przez świat, jest nienawiść. Ta prastara, obecna w człowieku, na równi z miłością, tendencja do podporządkowywania zamiast współpracowania, do rządzenia zamiast służenia, do brania zamiast dawania.

Nie możemy odmówić tej wrogiej sile mocy sprawczej. Zwycięstwa na tej drodze są jednak iluzoryczne i krótkotrwałe, osiągane za cenę krzywdy ludzkich dusz. Ilekroć ludzie odwołują się do negacji drugiego człowieka, dehumanizacji innego, ile razy swoje serce wypełniają żądzą zemsty, pogardą i pragnieniem – w ich rozumieniu – oddania pięknym za nadobne, tyle razy wchodzą w przyjaźń ze złem. W kontakt z tym odwiecznym pragnieniem, by człowieka zniszczyć, upodlić i unieważnić. I w ten sposób właśnie odbywa się obiecane na tej drodze zwycięstwo, poprzez różne formy zniszczenia, upodlenia i unieważnienia drugiego człowieka.

Nie taka jest droga chrześcijan. Chrześcijanin nie jest – jak chcą go widzieć jego nieprzyjaciele – biernym i nie sprzeciwiającym się złu człowiekiem. Chrześcijanin nie jest człowiekiem pokoju, rozumianego jako rezygnacja z działań. Chrześcijanin jest człowiekiem nieustannej walki. Ale walki o dobro. Walki, której kluczowym i fundamentalnym warunkiem jest dostrzeganie bliźniego w obcym człowieku. Nawet we wrogu.

Siły, które pragną naród polski do Boga oderwać, a jednocześnie go sobie podporządkować i wykorzystać, zawsze dążyć będą do jednego – do skłócenia Polaków, do wzniecania animozji i konfliktu. Ileż to lat i wolno nam powiedzieć wieków, byliśmy obiektem tak złowrogich i niecnych działań? Tych dążeń by Polak drugiego Polaka znieważał, by go poniewierał. Nie ostanie się królestwo, gdzie jedni walczą z drugimi. Nie ostanie się takie państwo, ani naród, ani społeczeństwo, bo obcy przyjdzie na to zmaganie i przechyli szalę, dając zwycięstwo to jednym, to drugim, a w rzeczywistości podporządkowując sobie wszystkich.

Kochani rodacy, bracia i siostry. Te właśnie słowa, rozpoczynające nasz list, nie są czczym zawołaniem i konstrukcją języka, której rolą jest wyglądać pięknie w waszych oczach. Te słowa, to najboleśniejsza i jakże trudna czasami realność. To wezwanie i zadanie przede wszystkim dla nas, zgromadzonych w rocznicę wiktorii spod Grunwaldu.

Jakże często i my, biskupi, popełniamy błędy, odnosząc nasze pouczenia do was, wiernych, a nie przede wszystkim do nas – pasterzy. Jakże łatwo zapominamy, że naszym celem prócz krzewienia wiary, jest łączenie ludzi. Jakie rany wyrządzamy wam, dając zły przykład z życia czy słów, takich które dzielą, prowadzą do pogardy i poniżania, które w imię mylnie rozumianej religijności, ,miast służyć dobru, złu tak naprawdę oddają przysługę.

Zapomnieliśmy się, przyznajemy to z pokorą, w naszym nauczaniu, w naszych dalekosiężnych i wzniosłych słowach i zamiarach, a odeszliśmy od was, od zwykłego życia i człowieka, od praktycznego związku z tym, co najważniejsze dla narodu i osoby ludzkiej. Odeszliśmy od krzewienia pokoju, czasem, co przyjmujemy dziś ze wstydem, w imię krzewienia błędnie rozumianej religijności.

Drodzy bracia i siostry. Chrystus jest drogą człowieka. Jest on obecny w każdym z nas. Zło kieruje ku wam swoje podszepty, iż to nieprawda, powiada iż w tym drugim człowieku nie ma Boga i trzeba go zatem zniszczyć lub ukarać za to. Nie bądźmy sędziami bliźnich, bo Pan nasz nie przyszedł na świat, aby sądzić. Przyszedł by go zbawić, a to znaczy odnaleźć i uratować. Bądźmy dla innych odnalezieniem i ratunkiem, a nie potępieniem i chęcią rewanżu. W życiu codziennym oznacza to przede wszystkim szacunek, rzetelność i chęć pomocy. Niech to będzie nasze codzienne, chrześcijańskie zadanie.

Nie dokonamy jednak tego, ani wy, ani my, jeśli nie zanurzymy się w bólu konfliktu z własnym egoistycznym „ja”. Zmiana zawsze kosztuje i odbywa się drogą pewnej walki. Nie dokonamy tego, jeśli w centrum naszej uwagi nie umieścimy Boga. Jeśli nie wejdziemy z Nim w prawdziwą – a nie wyrażaną jedynie deklaracjami słownymi – relację. Nie uda nam się to zadanie, jeśli Bóg nie stanie się naszym Przyjacielem.

Drogą do człowieka jest Chrystus, a nie świat. Drogą do wolności i szczęścia jest miłość i poświęcenie się, a nie egoistyczna niechęć, tendencje do gromadzenia dóbr i dominacji nad drugimi. Drogą do prawdy jest pokora, czemu dajemy wyraz w tym właśnie liście.

Niech od tej pory, każdy z was, tak jak każdy z nas, w drugim człowieku zacznie dostrzegać człowieka. A to znaczy istotę równą sobie, równą w potrzebach, w nadziejach i w należnej godności. Tym zaś, którzy – przyznajemy ze smutkiem, że tacy są – starać się nas będą krzywdzić, dawajmy odpór, dla którego siłę będziemy czerpać ze związku z Panem Naszym, a nie z podsuwanej przez naszego wroga drogi pogardy i potępienia.

Wszystkim wam, udzielamy pasterskiego błogosławieństwa. Obejmujemy was swoją miłością i modlimy się do Pana Naszego o pokój dla waszych serc, o potrzebne wam w życiu siły, o błogosławieństwo Boga Wszechmogącego, który pragnie dla nas wszystkich jednego – wspólnie przeżywanej wolności i radości na wieki.

Czy religia jest dla ludzi nieszczęśliwych?

Droga do Santiago de Compostela, 83 dzień do Captieux, Francja.

To pytanie trochę obrazoburcze. No bo jeśli religia jest dla ludzi nieszczęśliwych, to jest czymś pejoratywnym, kiepskim, jest środkiem uśmierzania bólu, „opium dla ludu”, tanim oszustwem dla mas, wymyślonym zamiennikiem prawdziwego, szczęśliwego życia.

A jednak istnieje głębokie powiązanie religii i tu możemy podstawić chrześcijaństwo lub np. buddyzm, ze stanem nieszczęścia człowieka, z doznawanym przez niego cierpieniem, z przeżywanym przez człowieka bólem. Są po temu dwie przyczyny: funkcjonalna i fundamentalna.

Ta funkcjonalna sprowadza się do stwierdzenia, że gdy człowiek jest szczęśliwy, spełniony, zdrowy, bogaty, z udanym życiem, z szerokimi i dalekimi perspektywami wzrostu, rozwoju, powiększania doznawanego szczęścia i dobra, to takiemu człowiekowi religia w wydaniu  chrześcijańskim (a nawet buddyjskim) nie jest do niczego potrzebna. Po prostu.

Przyczyna fundamentalna leży u podstaw religii. Otóż Budda rozpoczął swoją religijną podróż od stwierdzenia, że człowiek cierpi i od poszukiwania sposobu na usunięcie właśnie cierpienia. Stąd wziął się fundament buddyzmu – szlachetne cztery prawdy, każda z nich odnosi się do cierpienia.

Chrześcijaństwo i Stary Testament to Bóg, który przychodzi do człowieka, by mu pomóc, by go uratować, by go wyzwolić.

Duch Pana Boga nade mną,
bo Pan mnie namaścił.
Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim,
by opatrywać rany serc złamanych,
by zapowiadać wyzwolenie jeńcom
i więźniom swobodę;
aby obwieszczać rok łaski Pańskiej,
i dzień pomsty naszego Boga;
aby pocieszać wszystkich zasmuconych,
rozweselić płaczących na Syjonie>,
aby im wieniec dać zamiast popiołu,
olejek radości zamiast szaty smutku,
pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu.

I oczywiście „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni (Mt 5,4).”

Chrześcijaństwo w swoim fundamencie jest więc pocieszeniem, wyzwoleniem, radością, poczuciem swobody płynącej z bezpośredniej relacji z Bogiem. Jeśli człowiek czerpie jednak te wszystkie odczucia i przeżycia ze swojej pozycji, z posiadanych relacji, z majątku, perspektyw i możliwości, to nie potrzebuje pocieszenia itd. On je znajduje w „świecie”.

Pan Jezus dokładnie krytykuje taką postawę, mówiąc: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26).” Nie może być uczniem Jezusa, bo właśnie m.in. relacje z bliskimi są dla tej osoby źródłem wszystkich uczuć, których potrzebuje. Nie zwróci się zatem w stronę Boga, „ze wszystkich sił, z całego serca swojego, z całego umysłu swojego”.

Warto też na chwilę wrócić na wschód i przypomnieć, że zdaniem hinduistycznej jogi, dla której celem jest oświecenie, najbardziej sprzyjającą owemu oświeceniu jest… przeżywana przez człowieka – rozpacz. Tnie ona więzy człowieka ze światem i pozwala mu na podążanie drogą tej – w jakiejś mierze – religii.

Być może chrześcijaństwo ewoluowało, zamiast stać się osobistym doświadczeniem przeżycia wyzwolenia, wywodzącym się z doświadczanej relacji z przychodzącym Bogiem, stało się apologetyką nieszczęścia dla jednych i ureligijnieniem przeżywania swojej dobrej pozycji w świecie dla drugich.

Stąd może w jakieś mierze gloryfikacja nieszczęścia, bólu i cierpienia, prowadząca do takiej interpretacji (Mt 5,4), iż to dobrze, że cierpisz, to dobrze, że cię boli, bo to właśnie cierpienie i ból są drogą do Boga, więc im więcej tego cierpienia, tym lepiej dla ciebie, a jeśli już jest go umiarkowanie, to się ciesz i w nim trwaj, nie przestawaj go doświadczać, bo dostaniesz nagrodę w Niebie. Takie odwrócenie, zamiast wyzwolenia z cierpienia, prolongacja (utrwalanie stanu) cierpienia.

Ponieważ obraz Boga jako przychodzącej miłości, która wyzwala, został zastąpiony obrazem Boga jako sędziego, który wydaje wobec człowieka wyroki, to chrześcijaństwo jako doświadczenie zaczęło być zastępowane chrześcijaństwem jako doktryną. Ponieważ wskutek tej praktyki, doświadczenia – choćby opisywanego w „Wyznaniach” przez św. Augustyna – było coraz mniej, to zostało ono tym silniej zanegowane i jakoś wygnane jako sposób realizacji religijności i tym bujniej rozkwitła kazuistyka, teoretyzowanie, doktrynerstwo i formalizm.

Chrześcijaństwo zamiast człowieka wyzwalać, zaczęło go utrwalać w jego postawie życiowej i przeżywanym stanie. Jednych w cierpieniu i bólu, które zostały im przedstawione jako pożądana norma. Innych w stosunkowo wygodnym ustawieniu się w życiu, dla którego uzasadnieniem stały się rozliczne nauki i usprawiedliwiające twierdzenia, jakoby chrześcijaństwo polegało na spełnianiu obrzędów, celebracji, przestrzeganiu religijnych przepisów i, a jakże, finansowaniu instytucji kościoła. „Taka wiara, jaka ofiara” – pamiętam do dziś, znamienne kazanie z kościoła parafialnego. Im więcej, tego wszystkiego, tym lepsze twoje chrześcijaństwo, pomijając to, że tak naprawdę jesteś przywiązanym do swojego życia człowiekiem, który często gardzi innymi. Czerpie bowiem satysfakcję zarówno z życia „w świecie” jak i dostarczonego mu uzasadnienia religijnego.

Czy zatem religia jest dla ludzi nieszczęśliwych? Oczywiście, że nie. Szczęśliwi też mogą i droga dla nich jest otwarta. Ale po pierwsze, może być im nieco trudniej, no bo… wiadomo, a po drugie być może każdy nosi w sobie ziarno nieszczęścia, bólu, kamyczek cierpienia w bucie. Może jest w nas jakaś pamięć,  jakaś wiedza, skąd właściwie by się brała?, że może być inaczej, że pisane nam szczęście. Ta pamięć, jakoś nas skłania do poszukiwań.

—————————————————
Link do książki.

Bóg jako oko cyklonu

Straszny zamęt jest wokoło mnie. Tysiące ważnych spraw, moich ułomności, ludzkiej szlachetności i znacznie więcej podłości. Całe moje życie – jakby wir, w którym staram się odnajdywać krętą drogę , w którym smagany jestem nieszczęściem i bólem, w którym spotykam chwile wytchnienia i radości. W którym noce i dnie, ludzie i zdarzenia, moje marzenia i cierpienia, w którym spory i wieczne pytania, i ciągłe staranie się, pochylenie się, wysiłek.

Tak wygląda życie na co dzień. Tak wyglądają czasem rozmowy. Przestrzeń między ludźmi. Z tego zamętu usiłuję poskładać całość. Znaleźć odpowiedzi. Na co? Na wszystko. Dobrze mi wychodzi. Często jestem elokwentny. Sprytny. Mądrzejszy. No i wytrwały. Jestem lepszy i silniejszy niż inni, tak mi się czasem wydaje. Znajduję dla siebie uznanie i wkurza mnie to, gdy inni go nie znajdują, gdy życie udowadnia mi moją głupotę, gdy widzę, jak wszystko na nic.

Bóg? Bóg jest jednym z elementów tego życia, tej rzeczywistości. Jest jedną z „rzeczy”, którą się „zajmuję”, do której się odwołuję, której czasem szukam, czasem unikam, czasem zapominam. Jakoś staram się Go zrozumieć, pojąć, umiejscowić. Bardzo dużo o Nim słyszałem. Właściwie od zawsze morze słów, wlewało się w moją świadomość na Jego temat. Kazania, obrzędy, nauki, czytania, mądrości, przykazania, podniesiony w górę palec – „żebyś się nie ważył”. Autorytet. Ma czarną sutannę. „I nawet nie pomyśl”. Mogliby urozmaicić te kolory.

Więc oczywiście bunt. Bo to życie się składa i dodaje, ale tylko czasami. Bo czasem staje się nie do zniesienia, nie do wytłumaczenia. Więc zostaje „Ja” przeciw światu, przeciw naukom, nawet przeciw Bogu, przynajmniej temu z ogłaszania go, kulturalnego, mądrawego, drętwego, napuszonego do granic.

Ale to mija, gdy sprawy się ułożą i człowiek znów odnajduje – wytłumaczalną wersję życia. Zaczyna widzieć w nim sens, taki i owaki. Właściwie wszystko się do tego sprowadza, do zobaczenia w życiu sensu, to jest do uchwycenia myślą ładu i stabilności w tym kręcącym się wkółko huraganie.

Boga… zagadaliśmy. Zarzuciliśmy go wyrastającymi z naszej łapczywości pytaniami. Zakryliśmy i zamurowaliśmy pozornymi odpowiedziami, które są dla nas solidne jak cegły. „Bóg jest sędzią sprawiedliwym”. „Bóg jest królem”. Bóg jest taki, Bóg jest inny. Bóg jest tym, jest tamtym. Bóg chce, żebyś nie zjadł w piątek mięsa kaczki. Bóg zezwala ci na zjedzenie w piątek mięsa szczupaka, a kaczki możesz spróbować w sobotę. Serio. Bóg się smuci, wkurza i gniewa. Taki charakter. Więc nabożeństwa przebłagalne. Ma wiele nawyków i wszystko wiedzą ci uprawnieni.

W dawnym Izraelu pobożni ludzie mieli kilkaset przykazań do przestrzegania. Teraz chyba nieco mniej, bo nie jesteśmy tak precyzyjni jak Żydzi, ale zarzuciliśmy Boga całą teologią, miliardami słów, setkami tysięcy pojęć, które ten z owym wymyślił w pocie czoła. Sami zaś szarpiemy się w tym cyklonie zwanym życiem, starając się spojrzeć na to, co w jego środku, na Boga zakrytego pancerzem z cegieł i dachówek słów, które nam sprzedano, podano, wpojono, które uwewnętrzniliśmy, które bierzemy za Boga.

Ponieważ jednak to wszystko nam jakoś nie wystarcza. Ponieważ nie znajdujemy odpowiedzi i huragan nas rani.  Czasem wychodzimy by szukać i się „wzmacniać”. Wyruszamy, na przykład na pielgrzymkę. Idziemy w grupie, modlimy się, słuchamy. Albo idziemy z kimś. Utwierdzamy się. W tym, co znamy. Bo może niezbyt silnie, do tej pory, dlatego porywy wiatru nas szarpią. Bo gdy mocniej, wtedy zrozumiemy rzeczywistość, za pomocą znaków języka, pisanych słów, mówionych zdań, przeżywanych stwierdzeń i tez.

Gdy ktoś chce wyjść na długą pielgrzymkę, taką która nie jest grupowa, często ogłasza, że szuka partnera. Kogoś z kim mógłby iść. Bo taka jest nasza natura, bo „niedobrze by człowiek był sam”. Bo jesteśmy bytami społecznymi i prawdziwe życie, to życie razem. A jednak –  kto „nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego” NIE MOŻE. Bo Bóg jest  w oku cyklonu. I wejść do niego można tylko, zostawiając za sobą wszystko, łącznie z sobą samym. I nie opisują go żadne słowa. Żadne nauki. Żadne stwierdzenia. Bo sama próba opisania jest wchodzeniem w huragan. Więc zostawić trzeba siebie. Inaczej nici z kontaktu. Nici z bezpośredniości. Nici z miłości.

Ale tak strasznie przywiązani jesteśmy. Do tego, by POSIADAĆ. Wytłumaczenia. Uzasadnienia. I kluczowe tutaj jest słowo „posiadać”, gdyż w drodze do Boga trzeba wszystko „stracić”. Bo owo „wszystko” to nic innego jak porywy cyklonu, wywołanego naszymi pragnieniami, lękami, naszym uchwyceniem (się) rzeczywistości, naszym staraniem (się) jej wytłumaczenia. To ostatecznie my jesteśmy twórcami i autorami tego huraganu. I wyjść z niego możemy tylko w jeden sposób. Zostawiając wszystko i wchodząc w jego oko. Bo „kto STRACI swoje życie” ten je zachowa.

Pozostają dwa pytania: Czy takiego Boga da się jednak jakoś opisać? Jak do niego dojść?

Nie. Nie da się. Nie da się o nim Nic powiedzieć. Bo rzeczywistość słów i myśli to tworzywo cyklonu, a w jego oku jest cisza. Więc mówiąc o Nim, mówimy nie o Nim. Nie ma żadnych zdań ani nauk, mogących go dotknąć czy określić. Każda próba może być w istocie b u d o w a n i e m   b a r i e r y, pomiędzy Nim a nami. Ten kto mówi – nie wie. Ten kto wie – nie mówi, to pewne, bo to rzeczywistość przedsłowna i słowa przekraczająca.

Dojść do Niego oczywiście można. Bo nie ma cyklonu bez oka. Mówią, że trzeba wszystko zostawić, zapomnieć samego siebie. Ale to za mało. Bo to warunek, a nie kierunek. Kierunkiem i drogą jest On sam. Cel bowiem jest stale obecny, w każdym metrze drogi do niego, w każdym kroku człowieka (pielgrzyma) podążającego tą drogą. Więc Piekło jest w tych, co kroczą drogą do piekła. I Bóg jest w tych, co kroczą drogą do Niego. A jedyną rzeczą, którą możemy zachować, tracąc wszystko, jedyną drogą, sposobem dotarcia do niego jest – miłość. Bo On jest jej źródłem i początkiem, jest nią samą. Zostawiając coraz więcej za sobą, zostawiając w końcu Siebie, możemy na droga miłości przekroczyć tę GRANICĘ. Odnaleźć, a może dać się odnaleźć, zdumieć się i… p r z e s t a ć   m ó w i ć , jak święty Tomasz z Akwinu. I wkroczyć. W oko cyklonu. A tam…

——————————————————————————-

Zachęcam do wsparcia lub zajrzenia do mojej książki. To piękna i niezwykła rzecz 🙂

3 drogi: chrześcijanin, egoista, nihilista

20150728_084752

Celem chrześcijanina jest jego własne szczęście. Chce pójść do nieba, a to oznacza, że chce być szczęśliwy. Egoista też chce własnego szczęścia. Zrobi wszystko, by je osiągnąć. Poświęci wszystko i wszystkich.

Jeden i drugi chce dokładnie tego samego. Jeśli egoizm jest dążeniem do własnego szczęścia, to chrześcijanin jest egoistą. Jaka jest więc różnica między tymi dwoma typami ludzi, między tymi dwoma postawami? Czy może to jest jedna i ta sama postawa występująca w dwóch „formach”, „otoczkach ideowych”?

Różnicą jest metoda. Choć cel jest ten sam – dobro własne, doświadczenie szczęścia, to różna jest droga do tego celu.

Chrześcijaństwo polega na utracie siebie. Siebie można odnaleźć, uratować wyłącznie siebie tracąc. Zostawiając siebie za sobą i wyruszając w kierunku Dobra, w kierunku Miłości, w kierunku Boga. Taki człowiek zostawia literalnie wszystko: każde swoje pragnienie, każde swoje oczekiwanie, każdą swoją myśl i w centrum swojego wzroku i swojej uwagi stawia Boga. Jest drogą do Boga i na tej drodze traci siebie samego.

Wszystkie przykazania, nakazy i zakazy są wobec tej postawy sprawami całkiem wtórnymi i bez większego znaczenia. To właśnie powiedział Jezus: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto je straci z mojego powodu, ten je zachowa.” I też: „Będziesz kochał Pan Boga swego z całego serca swego, z całego umysłu swojego, ze wszystkich sił swoich”. Nie jest to metafizyczna parabola znaczeniowa, tylko konkretny przepis do stosowania.

Egoista, w odróżnieniu od chrześcijanina, chce siebie uratować i zachować takim, jaki jest. Ceni siebie takiego, jakiego zna albo takiego jakiego chce i chce siebie takiego właśnie ochronić, powiększyć, wzmocnić. Uwaga egoisty jest skoncentrowana na nim samym, gdy uwaga chrześcijanina jest skoncentrowana na Bogu i bliźnich.

Chrześcijanin chce uszczęśliwić siebie poprzez utratę siebie i wierzy, że Bóg go „odtworzy”, zbuduje na nowo, większym, szczęśliwszym, pełniejszym. Egoista chce uszczęśliwić siebie poprzez zachowanie siebie. Pomysł, że miałby siebie wyrzec jest dla niego absurdalny, bo miałby się wyrzec tego, czego pragnie – siebie samego.

Chrześcijanin jest wiecznie „w drodze”. W drodze utraty siebie, w drodze do Boga, w drodze do odnalezienia siebie na nowo. Egoista jest wiecznie w tym samym miejscu, jest „u siebie”. Wzmacnia ściany swojego „ja”, obudowuje je cegłami, oblewa się cementem, chce być niezniszczalny w środku. Jest ciągle w miejscu, które chce posiadać.

Nie należy popadać w błąd. Zarówno chrześcijaństwo jak i egoizm dają człowiekowi pozytywne odczucia. Dają satysfakcję, poczucie „przyjemności”, spełnienia. Dają doświadczenia odbierane jako przyjemne. Dają to, czego człowiek potrzebuje – odczucie szczęścia.

Możemy zjeść jakiś specjalny dla nas owoc. Każdy pewnie pamięta, taki niezwykły smak i wszystkie doznania jakie się z nim wiązały. Dla mnie to była dojrzała w słońcu, nagrzana nim, zerwana wprost z drzewa francuska brzoskwinia. Nie do opisania. Możemy też wstrzyknąć sobie heroinę. (Ponoć) Wrażenia są nie do opisania.

Ewa zjadła zakazane jabłko w raju i poznała, że „dobre”. Egoizm daje bezpośrednie poczucie niezwykłej przyjemności i spełnienia. Gdy się go spróbuje, człowiek staje się uzależnionym od niego i staje się egoistą, tak jak po heroinie człowiek staje się heroinistą. Zmienia się przede wszystkim jego postrzeganie „I otworzą wam się oczy”. I uczciwie mówiąc – nie widzi – innej możliwości życia.

Jednak przyjemność płynąca z egoizmu i z heroiny ma swoje „przeklęte” konsekwencje. Konsekwencje straszne. Konsekwencje określane w języku religijnym jako „piekło”.

Egoistą można być także, będąc człowiekiem szalenie religijnym. Uczestniczącym gorąco i często w obrzędach. Wyznającym głośno i publicznie. Walczącym o religię. Taki człowiek po prostu już „ZNALAZŁ”. Myśli, że „WIE”. To jego przekonanie sprawia, że donikąd tak naprawdę już nie zmierza. Widzi siebie jako dobrego, bo przecież się modli, bo przecież wierzy, bo przecież chodzi, bo przecież przestrzega przykazań i wszystkiego robi więcej niż inni. Więc JEST dobry. Więc chodzi mu o to, by takiego siebie zachować, utrzymać. I to może być właśnie droga do piekła, to jest do zamknięcia się na sobie.

Bo taki człowiek, zaczyna lekceważyć innych. Nie szanować innych. Potępiać innych. Zamiast swoją wolę porzucać w drodze do Boga, swoją wolę chce utrzymać i narzucać innym ludziom.

Taki człowiek swojego dobrego samopoczucia nie czerpie z relacji z Bogiem, tylko z upewniania się za pomocą obrzędów, że jest dobrym człowiekiem. Bycie zaś dobrym rozumie jako walkę z tymi, co inaczej postrzegają życie i jego zasady, rozumie ją, jako potępianie innych.

Jest jeszcze trzecia postawa, trzeci typ ludzi. Rzadko spotykany, bo jakoś ostateczny. To ludzie, którzy szukają nieszczęścia. Których „cieszy” niszczenie, których pasie śmierć i destrukcja. Którzy przyjemność czerpią z przyczyniania się do rozpadu i upadku, także samych siebie. To – nihiliści. Ostatnie stadium egoizmu, w którym dla przeprowadzenia własnej woli człowiek ma tendencję, by niszczyć świat, innych i samego siebie.

Tak więc chrześcijanin, egoista i nihilista to trzy drogi. Właściwiej byłoby powiedzieć o pierwszej – człowiek. Bo być człowiekiem to przekraczać granice w drodze do celu, to być w drodze, to poszukiwać. Takimi właśnie ludźmi byli zawsze Europejczycy. Byli takimi, gdy wychodzili na liczące tysiące kilometrów pielgrzymki. Byli takimi, gdy wyruszali odkrywać nowe światy. Byli takimi, gdy na uniwersytetach szukali prawdy i mądrości. Byli takimi, gdy jak św. Franciszek popadali w szaleństwo miłości do Boga.

Teraz egoizm stał się „religią” mas. Siądź i jedz. Wchłaniaj. Jesteś tego warty. Skup się na sobie. Na swoim sukcesie. Na swoich problemach. Masz wszystko, czego ci potrzeba, pracuj, konsumuj, umieraj. Podatki, rozrywka, eutanazja. Zamknięcie… piekło.

Nie tacy są ludzie zachodu. Jeszcze kościół z papieżem, jeszcze inni chrześcijanie, jeszcze ludzie, co uważają, że wcale nie wierzą, ale szukają – starają się przekraczać to, co jest i szukać, być w drodze. W nich cała nadzieja człowieczeństwa. „A (ta) nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5)