Archiwum kategorii: rozważania

Camino – w odpowiedzi na tekst w tyg. „Niedziela”

Tekst z tygodnika „Niedziela”, w którym Witold Gadowski przedstawia swoją propozycje-wizję „Wielkiego Marszu” ścieżkami Jakubowymi, spotkał się z żywą reakcją pielgrzymów. Dodajmy, w większości z reakcją negatywną. Dlaczego?

Otóż wydaje się, że ten tekst z największego tygodnika katolickiego ilustruje zderzenie dwóch różnych od siebie i „niekompatybilnych” postaw wobec religijności i rzeczywistości.

Postawa pierwsza to postawa pielgrzyma. Postawa człowieka, dla którego fundamentem jest doświadczenie. Jego własne doświadczenie. Wiedzę o rzeczywistości czerpie on właśnie z tego, czego doświadcza. Wiedzę o własnej słabości i niedoskonałości. Wiedzę o dobru, i czasem jego braku, u innych ludzi.  Wiedzę o tym, że Boga się ciągle i zawsze poszukuje, bo ciągle i zawsze na tej Ziemi jesteśmy „w drodze”.

Druga postawa to postawa człowieka, który „wie”, dla którego fundamentem jest ideologia, taka lub inna. Wiedzę o rzeczywistości czerpie on z od „tych, co wiedzą”,  czerpie ją z nauk, z przekazów medialnych, z konstrukcji intelektualnych.  Wiedzę często o tym, jak bardzo jest osaczony i napadany, jak niscy i pełni podłości są ludzie mający sprzeczne z nim poglądy, jak wzniosła i dobra jest jego własna formacja duchowa i religijna. Wiedzę o tym, że drogą do budowania dobra będzie konflikt, że Boga już znalazł, że  teraz innym ma pokazać, jak wierzyć właściwie, jak wygląda prawdziwe chrześcijaństwo.

Dla pielgrzyma nieznani ludzie to szansa. Widzi w nich możliwe dobro i ludzi równych sobie, niezależnie od ich koncepcji życia i rozumienia świata. Chce im pomagać i doświadczać pomocy, by w ten sposób zakwitło na ziemi to, co my nazywamy chrześcijaństwem, a inni człowieczeństwem.

Dla ideologa nieznani ludzie to zagrożenie. Widzi w nich możliwe zło i,  jeśli mają zdanie różne od tego „słusznego”, ludzi niższych od siebie. Takich ludzi chce pokonać, zwyciężyć, by w ten sposób zakrólowała wersja wiary i przekonań, które przyjął za własne i jedynie słuszne.

Jak napisał jeden z komentujących, Camino to „nie tylko geograficznie umiejscowiony szlak i punkt docelowy – Santiago, ale sposób pielgrzymowania”. I tego właśnie pan Witold i jego zwolennicy nie rozumieją. Bo camino to jest pewien fenomen spontanicznie stworzony (odtworzony) przez ludzi z całego świata, z których jedni wyruszają na trudną osobistą pielgrzymkę, w której nikt im nic nie organizuje, w której swój materialny i mentalny bagaż niosą na plecach do św. Jakuba, w której mierzą się osobiście z problemami, stają twarzą w twarz z nieznanym sobie światem i nieznanymi sobie ludźmi. Właśnie tak – nieznanymi, a nie obcymi.

Inni, z kolei, chodząc po drogach i lasach, malują i mocują znaki wiodące do Santiago de Compostela. Nikt im tego nie każe, robią to, poświęcając swój własny czas i energię. Jeszcze inni zakładają, prowadzą i obsługują albergi czyli schroniska dla pielgrzymów. I to wszystko się dzieje – nie do uwierzenia – spontanicznie.

Podstawowym doświadczeniem camino, jest właśnie doświadczenie spotkania nieznanych sobie ludzi. Ze zdumieniem caminowicze odkrywają, że mówią językiem tych samych marzeń, pragnień, wartości, co Hiszpanie, Niemcy, Włosi, Amerykanie, nawet – o dziwo – często Azjaci. Ze zdumieniem odkrywają, że będąc wśród „nieznanych”, są wśród… swoich. Odkrywają, co to znaczy „być człowiekiem”. To znaczy być dla drugiego, to znaczy pomagać, to znaczy uśmiechać się, to znaczy szanować. Być może to jest definicja postawy chrześcijanina.

Tym, co jednoczy setki tysięcy – to daleko więcej niż w wizjach pana Gadowskiego – pielgrzymów idących do Santiago jest miejsce pochowania Apostoła Jezusa Chrystusa. Tak naprawdę, czy to będą osoby religijne czy deklarujące niewiarę bądź inną religię, wszyscy idą do Boga, bo tak naprawdę – wszyscy Go pragną, „jak zeschła ziemia wody”.

Może nie pragną starca z rozwichrzoną brodą podnoszącego palec do góry z przyganą i groźbą. Pragną realnej miłości, która podnosi, która prowadzi, w której można się odnaleźć, bo Ona kocha. Pragną Boga, któremu mogliby oddać całe swoje życie, wszystkie swoje wzruszenia, wszystkie marzenia. Mogliby, bo On, nie jest przeciwko nim. Bo On tak naprawdę jest w drugim, idącym obok lub mijanym, człowieku. Nie w przenośni i nie poetycko, tylko jak najbardziej – rzeczywiście.

Więc chodzenie do Santiago de Compostela to są takie wielkie światowe rekolekcje. Rekolekcje zupełnie dziwne, bo stworzyły się same, choć ich zaczątkiem było wezwanie skierowane przez naszego ukochanego Papieża – św. Jana Pawła II. To są rekolekcje niezwykłe, bo odnoszące się do samego serca człowieka. Można powiedzieć, że to rekolekcje śladów. Jedne ślady zostawiają pielgrzymi w przestrzeni i czasie. Te ślady właśnie tworzą „el Camino”. Drugie ślady zostawia doświadczenie tej unikalnej pielgrzymki w ich sercach.

Dlatego… dlatego właśnie, budowana na poczuciu zagrożenia, w permanentnym dostrzeganiu nienawiści u tych, co mają inne poglądy polityczne lub religijne, nastawiona na konflikt i pokazanie własnej wyższości inicjatywa, nijak NIE PASUJE do Camino. Jest tego Camino wypaczeniem.

Gdy Autor tej propozycji oznajmia: „Zostaliśmy zamknięci w naszej  Twierdzy i zewsząd uderzają w nas podmuchy totalnej wizji przyszłości”, to nie sposób nie przypomnieć mu, co o prawdziwym życiu w jego wyobrażonej „twierdzy” pisał już w 1932 roku prymas Polski August Hlond:

„Klęską dzisiejszego życia publicznego jest nienawiść, która dzieli obywateli Państwa na nieprzejednane obozy i postępuje z przeciwnikami politycznymi jak z ludźmi złej woli, poniewiera ich bez względu na godność człowieczą i narodową, zniesławia i ubija moralnie.”

I w kolejnym swoim liście:

„kto z innego obozu, a zwłaszcza kto politycznym przeciwnikiem, tego uważa się za wroga. Nie uznaje się w nim nic dobrego, żadnych zalet, żadnych zasług. Przeciwnik musi być zły. Do niego stosuje się bez skrupułu kłamstwo, podejrzenie, oszczerstwo. (…) Wyklucza się możność zgody i współpracy”.

Taki to obraz wnętrza „Twierdzy” Witolda Gadowskiego wyłania się z pism prymasa Polski. Czyż nie jest on częściowo adekwatny dzisiaj? Przecież w rzeczywistości nie ma żadnej „twierdzy” i nikt nikogo w niej nie zamykał. Tak naprawdę to identyfikujący się z postawą autora „Niedzieli” chcą zamknięcia innych Polaków „w twierdzy”. To intelektualna konstrukcja, której celem jest wywoływanie poczucia opresji, zagrożenia i krzywdy, by tym łatwiej uzasadnić demonizowanie osób o odmiennym rozumieniu rzeczywistości.

W tekście „Niedzieli” czytamy, co następuje:

„Pokrzyżujemy szyki tym, którzy z nienawiścią traktują takie pojęcia jak „naród” i „katolicyzm”. Chcą wyginięcia narodów. Zwolennicy „komunoeuropeizacji” powiedzą: Tak, to proces nieuchronny…”

I jak tu nie wrócić do słów prymasa Hlonda opisujących życie polskie blisko 90 lat temu:

Chorobliwe podniecenie i namiętność polityczna zasłaniają spokojny sąd o ludziach i sprawach, mieszają politykę do wszystkiego, wszystko osądzają ze stanowiska partyjnego,  wyolbrzymiają znaczenie wypadków publicznych, wnoszą niepokój w całe życie.”

Cała propozycja zamieszczona w „Niedzieli” ma – gdy się bliżej przyjrzeć – charakter pomieszania polityki i religii. To się nigdy dobrze nie kończy, ani dla polityki, ani dla religii.

Camino „z definicji” jest nastawione na duchowy wzrost i ewentualną przemianę osoby, która pielgrzymkę tę odbywa. „Camino” w wersji Witolda Gadowskiego jest nastawione na ZEWNĄTRZ, do tych „złych” ludzi w Europie.

Myślę, że Camino jest dla każdego i KAŻDY może nim iść tak, jak chce, o ile nie narusza to ogólnie przyjętych zasad współżycia między ludźmi. Maszerowanie w wielotysięcznym tłumie – z feretronami, nawet za „przywódcami o mężnych sercach, co to wezwali lud na marsz” – takich ogólnie przyjętych zasad nie narusza, więc, jak najbardziej, można tak też pielgrzymować.

Ale Camino nie jest NA POKAZ. Camino jest dla jego uczestników pewnego rodzaju drogocennym, duchowym doświadczeniem, których teraz naprawdę bardzo mało. Doświadczeniem czystym, prawdziwym, niezafałszowanym.

Gdy widzą ci pielgrzymi teraz, jak jakiś Autor w „Niedzieli” chce Camino wykorzystać do „rechrystianizowania” Europy metodą marszu polityczno-religijnego, to nie ma się co dziwić, że „krew się w nich gotuje” i wyrażają swoją dezaprobatę.

Życzę Panu Gadowskiemu i osobom popierającym tę inicjatywę, żeby przeszły Camino. Całe. Minimum te 870 km jednym ciągiem przez Hiszpanię. Najlepiej jakby najpierw, przeszli je osobiście, to zupełnie inne doświadczenie, a najlepiej to z Polski do Santiago.

Nie ma nic niewłaściwego w procesji z feretronami. Odwrotnie, ten aspekt religijności na szlaku, na wzór – bo to kopia – pielgrzymek na Jasną Górę, może być ciekawy i inspirujący dla wszystkich. O ile… o ile… nie będzie on nachalny, planowany jako „szok”, o ile nie będzie się idiotycznie zupełnie straszyć uczestników, jak to będą napadani przez islamistów i więzieni za symbole religijne, o ile nie będzie się im prać mózgów, jacy to mieszkańcy zachodu Europy źli, a oni święci i dobrzy.

Jeśli taka pielgrzymka, przebiegałaby w pokorze, w radości, w dzieleniu się z innymi, w nawiązywaniu przyjaźni, w poznawaniu rzeczywistości, to byłaby po prostu kolejną formą pielgrzymowania ścieżkami jakubowymi. W przedstawionej postaci, pielgrzymowaniem jakby nie jest, jest wykorzystywaniem pielgrzymowania do tworzenia przedsięwzięć mieszanej natury polityczno-religijnej, budowanych na przekonaniu o własnej wyższości i nastawionych na oczekiwanie wydarzeń konfliktowych i jaskrawych.


Moja książka o Camino: {LINK}

List do księży Kościoła Katolickiego

(ćwiczenie retoryczne)
Kochani księża Kościoła Katolickiego

Piszę do was ten list, choć zapewne go nie przeczytacie. Nie przeczytacie go, bo macie dość swoich kłopotów, swoich spraw, swoich wątpliwości i obowiązków. Nie przeczytacie go, bo macie mnie głęboko w pewnej części ciała, choć się otwarcie do tego nie przyznacie, ale nie szkodzi. Ja także mam głęboko w pewnej części ciała całą masę ludzi, choć… nie powinienem i nie tego uczył Pan Jezus. Alem człowiek, znaczy ułomny, i znaczy staram się, ale jak się staram, to znaczy, że nie jestem tam i taki, jak bym chciał.

Nie martwcie się. Wcale wam nie mam za złe, żeście – przynajmniej niektórzy z was – pijakami, że z kobietami seks, że kasa, kasa, kasa dla niektórych. Dzieci i deprawacji kleryków to oczywiście nie daruję, ale to szczegół i z tym jakoś się uporacie. Nie mam wam tego wszystkiego za złe, boście ludźmi. Po prostu. Chcieliby was oblać brązem i postawić na pomnikach, a to bzdura, choć – przyznajmy – sami tę bzdurę ludziom wbiliście do głów.

Więc nie mam wam za złe, tego wszystkiego o co oskarża was reżyser i aktor, i dysponenci środków medialnych, bo to wszystko ludzkie słabości więc jakby mi braćmi jesteście w tej niedoli, w tym staraniu się, w tym zwarciu ze słabością.

Ale mam wam za złe pieprzenie. Pieprzenie od rzeczy, gdy was nawiedzi „duch” i „zapał” doktrynerstwa. Mam wam za złe, że uczycie czasem ludzi tego, czego wam się zdaje, wypada uczyć, a nie tego, co naprawdę jest. Mam wam za złe, ilekroć doktryny stawiacie wyżej niż ludzki ból, ludzkie potrzeby, ludzkie tragedie.

Mam wam też za złe, że dajecie się wodzić za nos „nuworyszom” z paraprotestanckich ruchów, co to „odnowę”, „prawdziwe” spotkania z Bogiem i cuda na kiju dostarczają na zawołanie. Ja wiem, że wam o realne doświadczenie cudu odczucia Boga trudno, ale to nie powód, żeby wspierać feministyczny postęp albo paramagiczne szaleństwa.

A tak naprawdę to kocham was. Kocham was, bo tej mojej miłości nic wam nie zastąpi. Bo przeciw wam obrócił się (i obraca się) świat. Bo przeciw wam, będą działać wasze naturalne skłonności. Bo przeciw wam skierowane są najostrzejsze i złowieszcze słowa naszego Zbawiciela (na cóż się sól przyda, skoro straci smak). Bo jesteście w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Bo będąc w tej sytuacji – Boże mój, Boże mój czemuś mnie opuścił – próbujecie. Próbujecie do tego Boga mówić. Jakoś – przyznajmy często nieudolnie – mu służyć. Bo w świadomości różnych nieprawości instytucji Kościoła i własnych słabości niesiecie swoimi dłońmi przesłanie Boga poprzez czas. Bo jesteście ludźmi wielkimi, ilekroć Boga stawiacie na pierwszym miejscu, w tym labiryncie zależności, powinności, interesów i konieczności.

Trwajcie i nie przejmujcie się. Bóg was wesprze jeśli wy się odwołacie do Jego miłości. Nie macie wyjścia jak tylko drogę do Niego. Nie znajdziecie oparcia nigdzie indziej. I być może przyjdzie czas, że w tej „Nocy ciemnej”, o której mistycznie pisał św. Jan od Krzyża, a której codziennie i przyziemnie doświadcza tak wielu wierzących, zabłyśnie wam światło. Tylko w to uwierzcie.

Wierzę w was. Niekoniecznie w doktryny, niekoniecznie w mechanizmy, niekoniecznie w najwyższe „godności” w instytucji, której służycie. Ale wierzę w was. W takich jakimi jesteście. We wszystkich waszych słabościach i ułomnościach. Wierzę w was, bo nie mam innego wyjścia i Wy nie macie innego wyjścia. Bo wszyscy nie mamy innego wyjścia jak uwierzyć. Uwierzyć w dobro, uwierzyć w człowieka, uwierzyć w misję, uwierzyć w Boga.

Kościół Katolicki to wielkie dobro ludzkości. Coś w tym jest, że to on właśnie jest przedmiotem oszałamiającej fali ataków, a plejada denominacji protestanckich czy – w sumie to samo – charyzmatyczno-zielonoświątkowych, cieszy się nietykalnością mediów. „Pokaż mi swoich wrogów, a powiem ci ile jesteś wart”-  głosi jedna z mądrości ludowych. Wróćcie do korzeni i jednocześnie zmieńcie się. Zwariujcie dla Boga i jednocześnie zachowajcie rozsądek w tym wszystkim. Nie porzucajcie tradycji, ale w relacji z Bogiem wprowadzajcie zmiany, bo te wszystkie regulacje wcale święte nie są, tylko są środkami mającymi prowadzić ludzi i Was do Boga.

Będzie dobrze. Ale samo się nie zrobi. Dlatego jeszcze raz i na koniec – UWIERZCIE. Że jesteście wielcy w swojej pracy, nawet jeśli odczucia będą wam mówić coś innego. Uwierzcie, że Bóg was prowadzi, nawet jeśli nie będziecie widzieć drogi przed sobą. Uwierzcie w Niego samego, nawet gdy nie będziecie go czuć, ani widzieć, ani w żaden realny sposób dostrzegać. Nie odchodźcie, nie burzcie się. W waszej wierze będziecie dla ludzi i dla Boga skarbem. I zaprawdę – wielka będzie wasza nagroda w Niebie.

Koniec Kościoła Katolickiego

image

Nic się nie dzieje. Dzień jak co dzień. Nie ma żadnych powodów do gadania o katastrofie, bo u nas w parafii, wszystko jak dawniej. Ile osób wierzyło w sierpniu 1939, że za chwilę nastąpi katastrofa? Z perspektywy wąskiej i „naszej własnej” wydawać się może, że wszystko jest w porządku. Ale fala już podniesiona i zamiata budynki, ziemię i ludzi, tyle, że jeszcze nie u nas. U nas pierwsze symptomy, wibracje. Ale czy to będzie długo?

Kościół Katolicki stoi wobec trzech krytycznych zagrożeń. W kolejności od najmniej ważnego do najpoważniejszego będą to:

  1. Deprawacja części hierarchii i niezdolność pozostałej części do walki z tymi zachowaniami. Hasło – pedofilia.
  2. Uzielonoświątkowienie kościoła, czyli rozwój i wpływ ruchów i zachowań „charyzmatycznych”.
  3. Skostnienie funkcjonalno-doktrynalne połączone z asymilacją części tez „liberalnych”.

Pedofilia to oczywiście nie jest problem sam w sobie, w tym sensie, że te ohydne i kryminalne zachowania niestety zawsze się będą zdarzać. W tym obszarze mieszczą się też zachowania przymuszania młodych – choć już nie dzieci – mężczyzn do zachowań homoseksualnych, przez ich przełożonych w Kościele. Prawdziwym problemem jest ROZJECHANIE się głoszonych WARTOŚCI ze stosowaną PRAKTYKĄ i ZACHOWANIEM.

Po prostu te odpychające zjawiska TOLEROWANO w imię wizerunku „świętego Kościoła Katolickiego”. I nie tylko te – można by dopowiedzieć. Uznano, że dobro jakim jest SZACUNEK okazywany przez wiernych Kościołowi, jest ważniejsze od dobra pojedynczych, krzywdzonych osób albo dobra, jakim jest wymierzanie kary za zło. Aby utrzymać wizerunek Kościoła jako świętej instytucji przekazującej objawione nauki, ukrywano prawdę i chroniono deprawatorów. Chodziło o AUTORYTET hierarchii wobec wiernych.

Ten autorytet się na naszych oczach osuwa. Obrazowo mówiąc, „świętym prawodawcom” spadają powoli spodnie, ciągnięte przez zaciekłe media.  Wzięło się to po części z tego, że hierarchia nazwała siebie Kościołem i postanowiła rządzić ludźmi zamiast ich prowadzić. Postanowiła ich kontrolować i nad nimi panować, zamiast im pomagać i wskazywać drogę poprzez własny PRZYKŁAD. Kwestia przykładu, w ogóle gdzieś zanikła i zostały groźby, warunki, nakazy, zakazy, wymogi i rozliczenia z pozycji my na górze wy na dole.

Ten model i dla wiernych miał swoje zalety, bo w zamian za stosunkowo niewielki zakres świadczeń, tzn. ofiara pieniężna, uczestnictwo umiarkowane w nabożeństwach i dopełnienie, czego ksiądz tam zażąda, otrzymywało się życie wieczne. Nie trzeba było kochać ludzi, z kochania Boga nikt się już nie spowiadał. Można było odetchnąć i z ulgą żyć dla siebie, po swojemu.

Uzielonoświątkowienie czyli pentekostalizacja to fajny, nieuświadamiany – a powszechny w kościele – ruch. Sprowadza się on do tego, że w czasie jego zgromadzeń „na prawdę” wreszcie coś się dzieje. Wracają czasy pierwszych chrześcijan. Ludzie DOZNAJĄ uzdrowień, „spoczynków w duchu” oraz całego szeregu rozmaitych „nadprzyrodzonych” zjawisk.

Ten proces zaczyna się od zmiany nastawienia człowieka na DOZNANIA i DOŚWIADCZENIA, gdy w KK nastawienie było na posłuszne spełnianie przepisanych praktyk. Można powiedzieć, że KK to była MAGIA, która nie działała, bo ksiądz udzielał sakramentu bierzmowania i dokładnie NIC z tego nie wynikało dla bierzmowanego. Jak zresztą z wielu innych gestów i słów. Tymczasem w rycie „zielonoświątkowym” mamy „magię”, która DZIAŁA, bo z „namaszczenia Duchem św” wynika cała masa niezwykłych zupełnie, odczuwanych i przeżywanych przez człowieka doświadczeń.

Propagatorzy tej fali mówią o doświadczeniu „Boga żywego”, tak jakby ten doświadczany w KK był „Bogiem martwym”, no bo przecież nie żywym, jak na nabożeństwach charyzmatycznych. Ludzie zdrowieją, masowo tracą przytomność upadając w „duchu”, warczą, latają na czworaka, trzęsą się w drgawkach i konwulsjach. To wszystko oczywiście „w duchu”.

Z tym zdrowieniem, to jest taka sprawa, że w Lourdes KK zatwierdził 70 cudów wyzdrowienia. Ale to w ciągu 150 lat. Zatem jedno cudowne wyzdrowienie na 2 lata. Jednak w ciągu dwóch lat Lourdes odwiedza od 10-14 milionów pielgrzymów. Na jednej konwencji/konferencji/nabożeństwie charyzmatycznym wielu ludzi doznaje uzdrowień. Jakości i charakteru tych uzdrowień nie weryfikują jednak ustanowione i skrupulatne zespoły, choć samo to, wcale nie znaczy, że realnych uzdrowień nie ma.

Z falą pentekostalną związane jest także zainteresowanie demonologią, działaniami szatana, egzorcyzmami itd.Ten element również można zaobserwować w KK. O rzeczywistej skali ruchu pentekostalnego biskup Czaja pisze tak: Obecnie szacuje się, że jest już 600-800 milionów chrześcijan zielonoświątkowych. W 2025 roku ma ich być miliard. Do tego trzeba dodać, że biorąc pod uwagę rzeczywiste praktykowanie religii, a nie tylko formalną przynależność kościelną, już dziś zielonoświątkowcy są największym wyznaniem chrześcijańskim. Stąd wniosek, że religia chrześcijańska w wymiarze globalnym podlega postępującej dekompozycji.

Skostnienie KK ma swoje źródła w dwóch przesłankach/zjawiskach. Pierwsze z nich to największy skarb KK, którym jest RACJONALNE podejście do spraw wiary i religii. KK zawsze stawiał na rozum, na rozumowe podejście do spraw wiary. Nie polegał na uczuciach i odczuciach. Łączył mistyczną i głęboką wiarę swoich świętych z racjonalistycznym podejściem swych doktorów kościoła. Owocowało to rozrastającym się systemem twierdzeń doktrynalnych oraz przejawami życia monastycznego, gdzie sprawy relacji człowieka z Bogiem były posunięte do ekstremum. Tą drugą, oprócz rozumu, przesłanką była MISTYCZNA wiara świętych Kościoła Katolickiego. Realne przeżywanie obecności Boga. Z racji tego, że Bóg pozostaje nieosiągalny dla człowieka w drodze zmysłowej, postawa ta graniczyła – przyznajmy – z szaleństwem, bożym szaleństwem.

Rozum ostatecznie w KK pozostał, niestety mistycyzm i jego realne przeżywanie zanikło. Księża zaczęli traktować swoją działalność jako „pracę” i tego właśnie słowa używać na określenie tego, co robią. Biskupi zaczęli czynić starania by „jakoś to było dalej”, żeby trzoda się nie rozpierzchła, co w sumie uzasadnione. Nauczanie, które utraciło oparcie w realnym mistycyzmie, zaczęło przesuwać się w stronę normatywności, zatem zasad, co wolno, a co nie wolno, oraz związanych z nimi religijnej natury gróźb, mających skłonić odbiorcę zarówno do uczestnictwa w KK jak i posłusznej realizacji zestawu norm i praw. Takim „rubikonem” była encyklika Humanae Vitae, która regulowała sprawy zapobiegania ciąży, ale nie tylko, regulowała opatrując określeniem grzech, przebieg stosunku seksualnego męża i żony.

W jakimś zakresie KK uległ też „starotestamentalizacji”. Bo to Stary Testament wyrażał przekonanie, że do Boga można dojść poprzez przestrzeganie ustanowionych praw i reguł. Kładł nacisk na nieczystość człowieka i konieczność oczyszczania za pomocą ofiar i obrzędów. Uznawał, że Bóg mieszka w świątyni. Nowy Testament uczył odwrotnie. To kontakt z Bogiem oczyszczał, a nie człowiek dostępował kontaktu z Bogiem po, ustanowionym przez ludzi, oczyszczeniu. To szabat (prawa) miały służyć człowiekowi, a nie człowiek miał być dla szabatu. Ktoś może powiedzieć, że po latach… wróciło częściowo to, co już było.

Z braku żywego mistycyzmu, który mógłby być źródłem przyciągania ludzi, KK przyjął część idei postępowych, takich jak równouprawnienie kobiet (w rozumieniu feministycznym), równouprawnienie stron w małżeństwie katolickim, które mimo to, miało nadal być nierozerwalne. Te działania jeszcze bardziej wytrąciły, KK z wcześniejszej równowagi.

KK nie umrze. Jednak wspólnoty pentekostalne mogą go zepchnąć najpierw do roli niszowej, a potem wspominane procesy doprowadzić mogą do dekompozycji samego katolicyzmu poprzez podziały wewnątrz struktury tego kościoła, których początki już dzisiaj widać, choćby w zaciekłych atakach duchownych polskiego kościoła na papieża Franciszka. Równolegle duchowni katoliccy o pentekostalnych sympatiach  propagują postawy religijne właściwe dla tego ruchu wewnątrz Kościoła Katolickiego i przejmują jego poboczne instytucje, jak to można zaobserwować na przykładzie portalu deon.pl firmowanego przez jezuitów.

Usiłowania – szczególnie widoczne w kościele polskim – by było, jak dotychczas, wydaje się drogą porażki, zestawem działań prowadzących do podziału i zaniku ogromnej wartości jaką jest KK. Pójście w drugą stronę, to jest akceptacja wszelkich nowości, to skok do basenu, w którym nie wiadomo czy jest woda, choć zapewniają o tym różni nauczyciele „nowej fali’.

Kościół może dokonać następujących zmian:

  • Dowartościować rolę świeckich, tak by nie byli, jak obecnie, biernymi widzami, tylko realnie aktywnymi uczestnikami.
  • Przenieść punkt ciężkości z nauki o potrzebie przestrzegania reguł i uczestnictwa w nabożeństwach, na naukę o potrzebie miłości do Boga i ludzi. Nie znaczy to, że pierwsze należy anulować, tylko że ono ma być konsekwencją i pomocą w miłości.
  • W kwestii reguł życia przyjąć zasadę, że „Szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”, to znaczy, że reguły i zasady pełnią rolę służebną wobec dobra człowieka.
  • Kwestią wagi zasadniczej jest wymóg w stosunku do hierarchii  (ale nie tylko) takiego pójścia w kierunku Boga, które zaowocuje przykładami świętości, przykładami pociągającymi wiernych. Metoda na „ekonoma” nie ma szans na kontynuację. Niezbędne jest „boże szaleństwo”, bez tego, nauka pozostanie sucha i nie wytrzyma konfrontacji z bogactwem doświadczeń i wrażeń dostępnych „od ręki” w nowych ruchach religijnych.
  • „Kto chce być wśród was największy, niech służy wszystkim” – ta reguła powinna się stać boleśnie egzekwowanym wymogiem. Służenie rozumiane jako bycie ponad i zarządzanie oraz rozliczanie ludzi, będzie znajdować coraz mniejszy oddźwięk.
  • Ostatecznie, na serio, a nie tylko werbalnie, Kościół może zacząć głosić DOBRĄ nowinę. Nowinę, która u słuchaczy wywoła uśmiech. Może zacząć uczyć radości, bo do tej pory, nowina była jakby pesymistyczna nieco, mimo tego, że była zasadniczo prawdziwa.

Tymczasem, jak pisze bloger Amstern, w Niemczech zamknięto ostatni klasztor trapistów. Może to konieczność. A jednak… szkoda. Kościół Katolicki to niezwykła tradycja. Zwykle w chwilach krytycznych odnajdował równowagę i drogę wyjścia na prostą. Czy teraz będzie podobnie?

———————————————————–
zdjęcie: https://globalaktual.com/wp-content/uploads/klarifikasi-potensi-tsunami-pdg.jpg

Komentarz do tekstu Dariusza Piórkowskiego SJ o kryzysie powołań

Sulejów, kościół Cystersów

Drogi bracie Darku (a co, pozwolę sobie) w temacie kryzysu powołań… masz rację.

Ja to widzę (też) tak (znów pozwolę sobie):
1. Główny przekaz i kształt kościoła to czasem sanhedrynizm plus magia udekorowane postaciami naszego Pana Jezusa, jego Matki, apostołów itd.

1a) Sanhedrynizm to odtworzenie religijności starotestamentalnej, z którą starł się Pan Jezus w czasie swojego przyjścia. Owa religijność została wpojona głęboko całym pokoleniom Polaków. Da się ją scharakteryzować następująco:
– Każdy jest nieczysty (judaizm). Aby się oczyścić trzeba wypełniać pewne obrzędy religijne oraz naprawić swoje postępowanie tak, by było zgodne z zapisanymi regułami postępowania i zachowania, które to reguły są święte.
– Drogą do Boga jest wypełnianie obowiązków religijnych oraz życie wg. zapisanego prawa.
– Więzy krwi, rodziny, narodu są podstawowe i najważniejsze.
– Bóg mieszka w świątyni.
– Bóg owszem Cię kocha, ale Cię osądzi, bo jest sędzią. W celu uniknięcia niekorzystnego wyroku, musisz uczestniczyć w obrzędach, wspierać finansowo „świątynię” i przestrzegać „świętego prawa”.
– Wobec innych narodowości i innych religijności właściwe są potępianie oraz agresja.

1b) Magia to wierzenie, że słowa i gesty mają moc stwórczą poprzez ich wypowiadanie i wykonywanie.

2. Kto chce zachować swoje życie, straci je.

Mamy niesamowitą tendencję i skłonność, do tego, aby zachowywać. Co zachowywać? To, co mamy! Chcemy więcej tego, co mamy! Nie chcemy tego, czego nie znamy. Nie chcemy nieznanego.

I znów, naruszenie tego, co mamy, wyzwala w nas emocje negatywne. I być może tu owo „Ilekroć niedomagam, tylekroć jestem silny”. Chodzi o to, że życie, Bóg, los – dowolne wybrać w zależności od wiary – stopniowo OBDZIERA nas. Z czego? Ze wszystkiego. W końcu, z naszego życia.

Uczy nas w ten sposób, że dokładnie TO WSZYSTKO, nic nam dać nie może. Że to nie jest nasz „dom”. Że nic z tym nie zrobimy. A myśmy już sobie ułożyli życie. Ja też sobie ułożyłem i ciągle próbuję. I czeka mnie trumna albo urna. No chyba, że – umrę jakoś za życia. Dla Niego.

Więc KRYZYS, albo jeszcze lepiej zderzenie ze ścianą, kompletny upadek, ale to taki, że już nic nam nie zostało, może być przetarciem OCZU, ich otworzeniem na to, czego w żaden sposób, byśmy nie zobaczyli, wpatrzeni nieustannie w TO, CO MAMY.

Czyli np. w aktualną formę religijności i instytucjonalizacji religii. Tak długo jak człowiek nie dostanie „w pysk”, tak długo będzie zajadle trzymał się własnych wyobrażeń. Tyle własnych, że je ma, choć ich pochodzenia wcale nie zna, mimo że w nie wierzy.

3. Chrześcijaństwo jest generalnie bardzo trudną religią. Jest tak, bo jest ono bardzo wymagające. „Będziesz kochał Pana Boga swego, ze WSZYSTKICH sił swoich, z CAŁEGO umysłu swojego” (tak mniej więcej z pamięci).

To jest ten problem, że wymagania są tak niebotyczne, że zastępujemy je siatką sprytnych wymogów mniejszych. I wreszcie „łatwiej jest żyć”. No i czasem dla kościoła korzystniej, bo przecież będzie zbiórka na…

Chrześcijaństwo jest bardzo trudne, bo jednak wymaga niesamowitej pracy nad sobą i ze sobą. Wymaga po prostu śmierci na żywo. Co znaczy odrzucenia w zasadzie wszystkich wyuczonych emocji, reakcji, sposobów stałego myślenia. Obrazów, poglądów itd.

Od przyjęcia chrztu czasem człowiek się zmienia, ale to raczej rzadko. Od przyjęcia eucharystii podobnie. To nie jest tak, że jest sakrament i jest ODCZUWALNY skutek. Bywa, że odczuwalny, przez pewien czas, ale to nie to.

Więc do chrześcijaństwa prowadzi ciężka robota i dość ryzykowna, dlatego potrzebni są księża, ojcowie, Kościół i przewodnicy duchowi. Ale… przecież, gdy Pan Jezus mówił o soli, która traci smak, to… chyba właśnie tę grupę miał szczególnie na myśli.

Więc chrześcijaństwo to nie praktyki religijne, to nie modlitwy, to nie sakramenty, to nie ofiary. Chrześcijaństwo to metanoia. To proces przemiany. To krok w nieznane, z Bogiem w sercu. To postawienie Go wyżej, niż siebie.

4. Świeccy tak naprawdę nie mają w Kościele Katolickim nic do gadania. Mają się zamknąć i powtarzać, to, co ksiądz proboszcz albo inny.

Przykłady świeckich zapraszanych na synody, wypowiadających się na instytucjonalnych forach katolickich dokładnie potwierdzają powyższe stwierdzenie. Jest to smutne kopiowanie tego, co wypowiadający myśli, że jest od niego oczekiwane i słuszne. Żałosna sprawa. Już lepiej powiedzieć otwarcie – cicho! 🙂

Inna sprawa, że świeccy mogą mieć tyle opinii ilu świeckich. I co z tym Kościół niby miałby zrobić? Jakiś autorytet musi istnieć.

5. Pewnie wszyscy jesteśmy „ubabrani” w takie czy inne zło, i wszyscy jesteśmy święci, bo Bóg nie mieszka w kościele, tylko w sercu żyjącego człowieka.

Rozrywają i rozgrywają nas różne siły, tendencje, prądy. Ten starotestamentowy, który przekabaca chrześcijaństwo na swoją modłę. Ten rewolucyjny, jezusowy, który rzuca wyzwanie ugruntowanym „prawdom” i „skutecznym zasadom”.

Nie ma i nie będzie łatwych i jasnych wyborów, jak to nam sanhedrynizm współczesny podpowiada, potępiając wszystko wokół, co niezgodne z jego „świętym prawem”.

Zmieniają się powoli UWARUNKOWANIA. I dlatego właśnie, poprzednie FORMY religijności, niepasując do tych zmienionych warunków, mogą wygasać. To naturalne. Zawsze istnieje równowaga: RZECZYWISTOŚĆ – KONSTRUKCJE I PROCESY SPOŁECZNE.

Może wszyscy przejdą do zielonoświątkowców? Może jakoś inaczej?

Nie życzę temu Kościołowi źle. Tej cudownej konstrukcji, której owocem są chorały św. Hildegardy z Bingen, która prześwietliła geometrię i kamień, w poszukiwaniu prawdy w katedrze w Vezelay, która wygrawerowała w sercach i umysłach ludzi wielkie prawdy chrześcijaństwa: że człowiek, a nie grupa, że czyny, a nie słowa, że wszyscy tworzymy jedno, że Bóg czeka na każdego z nas.

Życie to rozwój. A rozwój to ZMIANA. Ale nie dowolna zmiana, bo to czasem szkodliwa degeneracja, ale celowa ZMIANA. Taka, która zachowując kierunek, dąży do niego we wciąż nowy, coraz piękniejszy sposób.

Czy religia jest dla ludzi nieszczęśliwych?

Droga do Santiago de Compostela, 83 dzień do Captieux, Francja.

To pytanie trochę obrazoburcze. No bo jeśli religia jest dla ludzi nieszczęśliwych, to jest czymś pejoratywnym, kiepskim, jest środkiem uśmierzania bólu, „opium dla ludu”, tanim oszustwem dla mas, wymyślonym zamiennikiem prawdziwego, szczęśliwego życia.

A jednak istnieje głębokie powiązanie religii i tu możemy podstawić chrześcijaństwo lub np. buddyzm, ze stanem nieszczęścia człowieka, z doznawanym przez niego cierpieniem, z przeżywanym przez człowieka bólem. Są po temu dwie przyczyny: funkcjonalna i fundamentalna.

Ta funkcjonalna sprowadza się do stwierdzenia, że gdy człowiek jest szczęśliwy, spełniony, zdrowy, bogaty, z udanym życiem, z szerokimi i dalekimi perspektywami wzrostu, rozwoju, powiększania doznawanego szczęścia i dobra, to takiemu człowiekowi religia w wydaniu  chrześcijańskim (a nawet buddyjskim) nie jest do niczego potrzebna. Po prostu.

Przyczyna fundamentalna leży u podstaw religii. Otóż Budda rozpoczął swoją religijną podróż od stwierdzenia, że człowiek cierpi i od poszukiwania sposobu na usunięcie właśnie cierpienia. Stąd wziął się fundament buddyzmu – szlachetne cztery prawdy, każda z nich odnosi się do cierpienia.

Chrześcijaństwo i Stary Testament to Bóg, który przychodzi do człowieka, by mu pomóc, by go uratować, by go wyzwolić.

Duch Pana Boga nade mną,
bo Pan mnie namaścił.
Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim,
by opatrywać rany serc złamanych,
by zapowiadać wyzwolenie jeńcom
i więźniom swobodę;
aby obwieszczać rok łaski Pańskiej,
i dzień pomsty naszego Boga;
aby pocieszać wszystkich zasmuconych,
rozweselić płaczących na Syjonie>,
aby im wieniec dać zamiast popiołu,
olejek radości zamiast szaty smutku,
pieśń chwały zamiast zgnębienia na duchu.

I oczywiście „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni (Mt 5,4).”

Chrześcijaństwo w swoim fundamencie jest więc pocieszeniem, wyzwoleniem, radością, poczuciem swobody płynącej z bezpośredniej relacji z Bogiem. Jeśli człowiek czerpie jednak te wszystkie odczucia i przeżycia ze swojej pozycji, z posiadanych relacji, z majątku, perspektyw i możliwości, to nie potrzebuje pocieszenia itd. On je znajduje w „świecie”.

Pan Jezus dokładnie krytykuje taką postawę, mówiąc: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26).” Nie może być uczniem Jezusa, bo właśnie m.in. relacje z bliskimi są dla tej osoby źródłem wszystkich uczuć, których potrzebuje. Nie zwróci się zatem w stronę Boga, „ze wszystkich sił, z całego serca swojego, z całego umysłu swojego”.

Warto też na chwilę wrócić na wschód i przypomnieć, że zdaniem hinduistycznej jogi, dla której celem jest oświecenie, najbardziej sprzyjającą owemu oświeceniu jest… przeżywana przez człowieka – rozpacz. Tnie ona więzy człowieka ze światem i pozwala mu na podążanie drogą tej – w jakiejś mierze – religii.

Być może chrześcijaństwo ewoluowało, zamiast stać się osobistym doświadczeniem przeżycia wyzwolenia, wywodzącym się z doświadczanej relacji z przychodzącym Bogiem, stało się apologetyką nieszczęścia dla jednych i ureligijnieniem przeżywania swojej dobrej pozycji w świecie dla drugich.

Stąd może w jakieś mierze gloryfikacja nieszczęścia, bólu i cierpienia, prowadząca do takiej interpretacji (Mt 5,4), iż to dobrze, że cierpisz, to dobrze, że cię boli, bo to właśnie cierpienie i ból są drogą do Boga, więc im więcej tego cierpienia, tym lepiej dla ciebie, a jeśli już jest go umiarkowanie, to się ciesz i w nim trwaj, nie przestawaj go doświadczać, bo dostaniesz nagrodę w Niebie. Takie odwrócenie, zamiast wyzwolenia z cierpienia, prolongacja (utrwalanie stanu) cierpienia.

Ponieważ obraz Boga jako przychodzącej miłości, która wyzwala, został zastąpiony obrazem Boga jako sędziego, który wydaje wobec człowieka wyroki, to chrześcijaństwo jako doświadczenie zaczęło być zastępowane chrześcijaństwem jako doktryną. Ponieważ wskutek tej praktyki, doświadczenia – choćby opisywanego w „Wyznaniach” przez św. Augustyna – było coraz mniej, to zostało ono tym silniej zanegowane i jakoś wygnane jako sposób realizacji religijności i tym bujniej rozkwitła kazuistyka, teoretyzowanie, doktrynerstwo i formalizm.

Chrześcijaństwo zamiast człowieka wyzwalać, zaczęło go utrwalać w jego postawie życiowej i przeżywanym stanie. Jednych w cierpieniu i bólu, które zostały im przedstawione jako pożądana norma. Innych w stosunkowo wygodnym ustawieniu się w życiu, dla którego uzasadnieniem stały się rozliczne nauki i usprawiedliwiające twierdzenia, jakoby chrześcijaństwo polegało na spełnianiu obrzędów, celebracji, przestrzeganiu religijnych przepisów i, a jakże, finansowaniu instytucji kościoła. „Taka wiara, jaka ofiara” – pamiętam do dziś, znamienne kazanie z kościoła parafialnego. Im więcej, tego wszystkiego, tym lepsze twoje chrześcijaństwo, pomijając to, że tak naprawdę jesteś przywiązanym do swojego życia człowiekiem, który często gardzi innymi. Czerpie bowiem satysfakcję zarówno z życia „w świecie” jak i dostarczonego mu uzasadnienia religijnego.

Czy zatem religia jest dla ludzi nieszczęśliwych? Oczywiście, że nie. Szczęśliwi też mogą i droga dla nich jest otwarta. Ale po pierwsze, może być im nieco trudniej, no bo… wiadomo, a po drugie być może każdy nosi w sobie ziarno nieszczęścia, bólu, kamyczek cierpienia w bucie. Może jest w nas jakaś pamięć,  jakaś wiedza, skąd właściwie by się brała?, że może być inaczej, że pisane nam szczęście. Ta pamięć, jakoś nas skłania do poszukiwań.

—————————————————
Link do książki.

Bóg jako oko cyklonu

Straszny zamęt jest wokoło mnie. Tysiące ważnych spraw, moich ułomności, ludzkiej szlachetności i znacznie więcej podłości. Całe moje życie – jakby wir, w którym staram się odnajdywać krętą drogę , w którym smagany jestem nieszczęściem i bólem, w którym spotykam chwile wytchnienia i radości. W którym noce i dnie, ludzie i zdarzenia, moje marzenia i cierpienia, w którym spory i wieczne pytania, i ciągłe staranie się, pochylenie się, wysiłek.

Tak wygląda życie na co dzień. Tak wyglądają czasem rozmowy. Przestrzeń między ludźmi. Z tego zamętu usiłuję poskładać całość. Znaleźć odpowiedzi. Na co? Na wszystko. Dobrze mi wychodzi. Często jestem elokwentny. Sprytny. Mądrzejszy. No i wytrwały. Jestem lepszy i silniejszy niż inni, tak mi się czasem wydaje. Znajduję dla siebie uznanie i wkurza mnie to, gdy inni go nie znajdują, gdy życie udowadnia mi moją głupotę, gdy widzę, jak wszystko na nic.

Bóg? Bóg jest jednym z elementów tego życia, tej rzeczywistości. Jest jedną z „rzeczy”, którą się „zajmuję”, do której się odwołuję, której czasem szukam, czasem unikam, czasem zapominam. Jakoś staram się Go zrozumieć, pojąć, umiejscowić. Bardzo dużo o Nim słyszałem. Właściwie od zawsze morze słów, wlewało się w moją świadomość na Jego temat. Kazania, obrzędy, nauki, czytania, mądrości, przykazania, podniesiony w górę palec – „żebyś się nie ważył”. Autorytet. Ma czarną sutannę. „I nawet nie pomyśl”. Mogliby urozmaicić te kolory.

Więc oczywiście bunt. Bo to życie się składa i dodaje, ale tylko czasami. Bo czasem staje się nie do zniesienia, nie do wytłumaczenia. Więc zostaje „Ja” przeciw światu, przeciw naukom, nawet przeciw Bogu, przynajmniej temu z ogłaszania go, kulturalnego, mądrawego, drętwego, napuszonego do granic.

Ale to mija, gdy sprawy się ułożą i człowiek znów odnajduje – wytłumaczalną wersję życia. Zaczyna widzieć w nim sens, taki i owaki. Właściwie wszystko się do tego sprowadza, do zobaczenia w życiu sensu, to jest do uchwycenia myślą ładu i stabilności w tym kręcącym się wkółko huraganie.

Boga… zagadaliśmy. Zarzuciliśmy go wyrastającymi z naszej łapczywości pytaniami. Zakryliśmy i zamurowaliśmy pozornymi odpowiedziami, które są dla nas solidne jak cegły. „Bóg jest sędzią sprawiedliwym”. „Bóg jest królem”. Bóg jest taki, Bóg jest inny. Bóg jest tym, jest tamtym. Bóg chce, żebyś nie zjadł w piątek mięsa kaczki. Bóg zezwala ci na zjedzenie w piątek mięsa szczupaka, a kaczki możesz spróbować w sobotę. Serio. Bóg się smuci, wkurza i gniewa. Taki charakter. Więc nabożeństwa przebłagalne. Ma wiele nawyków i wszystko wiedzą ci uprawnieni.

W dawnym Izraelu pobożni ludzie mieli kilkaset przykazań do przestrzegania. Teraz chyba nieco mniej, bo nie jesteśmy tak precyzyjni jak Żydzi, ale zarzuciliśmy Boga całą teologią, miliardami słów, setkami tysięcy pojęć, które ten z owym wymyślił w pocie czoła. Sami zaś szarpiemy się w tym cyklonie zwanym życiem, starając się spojrzeć na to, co w jego środku, na Boga zakrytego pancerzem z cegieł i dachówek słów, które nam sprzedano, podano, wpojono, które uwewnętrzniliśmy, które bierzemy za Boga.

Ponieważ jednak to wszystko nam jakoś nie wystarcza. Ponieważ nie znajdujemy odpowiedzi i huragan nas rani.  Czasem wychodzimy by szukać i się „wzmacniać”. Wyruszamy, na przykład na pielgrzymkę. Idziemy w grupie, modlimy się, słuchamy. Albo idziemy z kimś. Utwierdzamy się. W tym, co znamy. Bo może niezbyt silnie, do tej pory, dlatego porywy wiatru nas szarpią. Bo gdy mocniej, wtedy zrozumiemy rzeczywistość, za pomocą znaków języka, pisanych słów, mówionych zdań, przeżywanych stwierdzeń i tez.

Gdy ktoś chce wyjść na długą pielgrzymkę, taką która nie jest grupowa, często ogłasza, że szuka partnera. Kogoś z kim mógłby iść. Bo taka jest nasza natura, bo „niedobrze by człowiek był sam”. Bo jesteśmy bytami społecznymi i prawdziwe życie, to życie razem. A jednak –  kto „nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego” NIE MOŻE. Bo Bóg jest  w oku cyklonu. I wejść do niego można tylko, zostawiając za sobą wszystko, łącznie z sobą samym. I nie opisują go żadne słowa. Żadne nauki. Żadne stwierdzenia. Bo sama próba opisania jest wchodzeniem w huragan. Więc zostawić trzeba siebie. Inaczej nici z kontaktu. Nici z bezpośredniości. Nici z miłości.

Ale tak strasznie przywiązani jesteśmy. Do tego, by POSIADAĆ. Wytłumaczenia. Uzasadnienia. I kluczowe tutaj jest słowo „posiadać”, gdyż w drodze do Boga trzeba wszystko „stracić”. Bo owo „wszystko” to nic innego jak porywy cyklonu, wywołanego naszymi pragnieniami, lękami, naszym uchwyceniem (się) rzeczywistości, naszym staraniem (się) jej wytłumaczenia. To ostatecznie my jesteśmy twórcami i autorami tego huraganu. I wyjść z niego możemy tylko w jeden sposób. Zostawiając wszystko i wchodząc w jego oko. Bo „kto STRACI swoje życie” ten je zachowa.

Pozostają dwa pytania: Czy takiego Boga da się jednak jakoś opisać? Jak do niego dojść?

Nie. Nie da się. Nie da się o nim Nic powiedzieć. Bo rzeczywistość słów i myśli to tworzywo cyklonu, a w jego oku jest cisza. Więc mówiąc o Nim, mówimy nie o Nim. Nie ma żadnych zdań ani nauk, mogących go dotknąć czy określić. Każda próba może być w istocie b u d o w a n i e m   b a r i e r y, pomiędzy Nim a nami. Ten kto mówi – nie wie. Ten kto wie – nie mówi, to pewne, bo to rzeczywistość przedsłowna i słowa przekraczająca.

Dojść do Niego oczywiście można. Bo nie ma cyklonu bez oka. Mówią, że trzeba wszystko zostawić, zapomnieć samego siebie. Ale to za mało. Bo to warunek, a nie kierunek. Kierunkiem i drogą jest On sam. Cel bowiem jest stale obecny, w każdym metrze drogi do niego, w każdym kroku człowieka (pielgrzyma) podążającego tą drogą. Więc Piekło jest w tych, co kroczą drogą do piekła. I Bóg jest w tych, co kroczą drogą do Niego. A jedyną rzeczą, którą możemy zachować, tracąc wszystko, jedyną drogą, sposobem dotarcia do niego jest – miłość. Bo On jest jej źródłem i początkiem, jest nią samą. Zostawiając coraz więcej za sobą, zostawiając w końcu Siebie, możemy na droga miłości przekroczyć tę GRANICĘ. Odnaleźć, a może dać się odnaleźć, zdumieć się i… p r z e s t a ć   m ó w i ć , jak święty Tomasz z Akwinu. I wkroczyć. W oko cyklonu. A tam…

——————————————————————————-

Zachęcam do wsparcia lub zajrzenia do mojej książki. To piękna i niezwykła rzecz 🙂

3 drogi: chrześcijanin, egoista, nihilista

20150728_084752

Celem chrześcijanina jest jego własne szczęście. Chce pójść do nieba, a to oznacza, że chce być szczęśliwy. Egoista też chce własnego szczęścia. Zrobi wszystko, by je osiągnąć. Poświęci wszystko i wszystkich.

Jeden i drugi chce dokładnie tego samego. Jeśli egoizm jest dążeniem do własnego szczęścia, to chrześcijanin jest egoistą. Jaka jest więc różnica między tymi dwoma typami ludzi, między tymi dwoma postawami? Czy może to jest jedna i ta sama postawa występująca w dwóch „formach”, „otoczkach ideowych”?

Różnicą jest metoda. Choć cel jest ten sam – dobro własne, doświadczenie szczęścia, to różna jest droga do tego celu.

Chrześcijaństwo polega na utracie siebie. Siebie można odnaleźć, uratować wyłącznie siebie tracąc. Zostawiając siebie za sobą i wyruszając w kierunku Dobra, w kierunku Miłości, w kierunku Boga. Taki człowiek zostawia literalnie wszystko: każde swoje pragnienie, każde swoje oczekiwanie, każdą swoją myśl i w centrum swojego wzroku i swojej uwagi stawia Boga. Jest drogą do Boga i na tej drodze traci siebie samego.

Wszystkie przykazania, nakazy i zakazy są wobec tej postawy sprawami całkiem wtórnymi i bez większego znaczenia. To właśnie powiedział Jezus: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto je straci z mojego powodu, ten je zachowa.” I też: „Będziesz kochał Pan Boga swego z całego serca swego, z całego umysłu swojego, ze wszystkich sił swoich”. Nie jest to metafizyczna parabola znaczeniowa, tylko konkretny przepis do stosowania.

Egoista, w odróżnieniu od chrześcijanina, chce siebie uratować i zachować takim, jaki jest. Ceni siebie takiego, jakiego zna albo takiego jakiego chce i chce siebie takiego właśnie ochronić, powiększyć, wzmocnić. Uwaga egoisty jest skoncentrowana na nim samym, gdy uwaga chrześcijanina jest skoncentrowana na Bogu i bliźnich.

Chrześcijanin chce uszczęśliwić siebie poprzez utratę siebie i wierzy, że Bóg go „odtworzy”, zbuduje na nowo, większym, szczęśliwszym, pełniejszym. Egoista chce uszczęśliwić siebie poprzez zachowanie siebie. Pomysł, że miałby siebie wyrzec jest dla niego absurdalny, bo miałby się wyrzec tego, czego pragnie – siebie samego.

Chrześcijanin jest wiecznie „w drodze”. W drodze utraty siebie, w drodze do Boga, w drodze do odnalezienia siebie na nowo. Egoista jest wiecznie w tym samym miejscu, jest „u siebie”. Wzmacnia ściany swojego „ja”, obudowuje je cegłami, oblewa się cementem, chce być niezniszczalny w środku. Jest ciągle w miejscu, które chce posiadać.

Nie należy popadać w błąd. Zarówno chrześcijaństwo jak i egoizm dają człowiekowi pozytywne odczucia. Dają satysfakcję, poczucie „przyjemności”, spełnienia. Dają doświadczenia odbierane jako przyjemne. Dają to, czego człowiek potrzebuje – odczucie szczęścia.

Możemy zjeść jakiś specjalny dla nas owoc. Każdy pewnie pamięta, taki niezwykły smak i wszystkie doznania jakie się z nim wiązały. Dla mnie to była dojrzała w słońcu, nagrzana nim, zerwana wprost z drzewa francuska brzoskwinia. Nie do opisania. Możemy też wstrzyknąć sobie heroinę. (Ponoć) Wrażenia są nie do opisania.

Ewa zjadła zakazane jabłko w raju i poznała, że „dobre”. Egoizm daje bezpośrednie poczucie niezwykłej przyjemności i spełnienia. Gdy się go spróbuje, człowiek staje się uzależnionym od niego i staje się egoistą, tak jak po heroinie człowiek staje się heroinistą. Zmienia się przede wszystkim jego postrzeganie „I otworzą wam się oczy”. I uczciwie mówiąc – nie widzi – innej możliwości życia.

Jednak przyjemność płynąca z egoizmu i z heroiny ma swoje „przeklęte” konsekwencje. Konsekwencje straszne. Konsekwencje określane w języku religijnym jako „piekło”.

Egoistą można być także, będąc człowiekiem szalenie religijnym. Uczestniczącym gorąco i często w obrzędach. Wyznającym głośno i publicznie. Walczącym o religię. Taki człowiek po prostu już „ZNALAZŁ”. Myśli, że „WIE”. To jego przekonanie sprawia, że donikąd tak naprawdę już nie zmierza. Widzi siebie jako dobrego, bo przecież się modli, bo przecież wierzy, bo przecież chodzi, bo przecież przestrzega przykazań i wszystkiego robi więcej niż inni. Więc JEST dobry. Więc chodzi mu o to, by takiego siebie zachować, utrzymać. I to może być właśnie droga do piekła, to jest do zamknięcia się na sobie.

Bo taki człowiek, zaczyna lekceważyć innych. Nie szanować innych. Potępiać innych. Zamiast swoją wolę porzucać w drodze do Boga, swoją wolę chce utrzymać i narzucać innym ludziom.

Taki człowiek swojego dobrego samopoczucia nie czerpie z relacji z Bogiem, tylko z upewniania się za pomocą obrzędów, że jest dobrym człowiekiem. Bycie zaś dobrym rozumie jako walkę z tymi, co inaczej postrzegają życie i jego zasady, rozumie ją, jako potępianie innych.

Jest jeszcze trzecia postawa, trzeci typ ludzi. Rzadko spotykany, bo jakoś ostateczny. To ludzie, którzy szukają nieszczęścia. Których „cieszy” niszczenie, których pasie śmierć i destrukcja. Którzy przyjemność czerpią z przyczyniania się do rozpadu i upadku, także samych siebie. To – nihiliści. Ostatnie stadium egoizmu, w którym dla przeprowadzenia własnej woli człowiek ma tendencję, by niszczyć świat, innych i samego siebie.

Tak więc chrześcijanin, egoista i nihilista to trzy drogi. Właściwiej byłoby powiedzieć o pierwszej – człowiek. Bo być człowiekiem to przekraczać granice w drodze do celu, to być w drodze, to poszukiwać. Takimi właśnie ludźmi byli zawsze Europejczycy. Byli takimi, gdy wychodzili na liczące tysiące kilometrów pielgrzymki. Byli takimi, gdy wyruszali odkrywać nowe światy. Byli takimi, gdy na uniwersytetach szukali prawdy i mądrości. Byli takimi, gdy jak św. Franciszek popadali w szaleństwo miłości do Boga.

Teraz egoizm stał się „religią” mas. Siądź i jedz. Wchłaniaj. Jesteś tego warty. Skup się na sobie. Na swoim sukcesie. Na swoich problemach. Masz wszystko, czego ci potrzeba, pracuj, konsumuj, umieraj. Podatki, rozrywka, eutanazja. Zamknięcie… piekło.

Nie tacy są ludzie zachodu. Jeszcze kościół z papieżem, jeszcze inni chrześcijanie, jeszcze ludzie, co uważają, że wcale nie wierzą, ale szukają – starają się przekraczać to, co jest i szukać, być w drodze. W nich cała nadzieja człowieczeństwa. „A (ta) nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego” (Rz 5,5)