Archiwa tagu: katolicyzm

Katolickie LGBT

image

Kościół Katolicki w instytucjach przez siebie prowadzonych, poprzez media i ludzi, choć może nie z najwyższego świecznika, ostatnio pochyla się nad zagadnieniem lgbtq. Tego przykładem jest postawa portalu deon.pl a więc internetowego medium prowadzonego przez Towarzystwo Jezusowe (jezuici) oraz Wydawnictwo WAM.

Warto zapoznać się z tekstem: „Katoliczka, animatorka wspólnoty, blogerka: „Od ponad 3 lat wiem, że #jestemlgbt„, który jest jednym z wielu, mających kształtować myślenie i postawy katolików.

Co wiemy z tekstu?

Autorką myśli w zawartych w artykule jest Agnieszka, 27 letnia dziewczyna Warszawy – {INSTAGRAM}. Agnieszka jest katoliczką, często uczestniczącą we mszy świętej, byłą postulantką we franciszkańskim zgromadzeniu zakonnym. Jest animatorem* we wspólnocie, w której wzrasta od 10 lat (z przerwami zakonnymi). Jest ewangelizatorem* i współprowadzi rekolekcje. (* – określenia w brzmieniu użytym przez Autorkę).

Agnieszka od ponad 3 lat wie, że jest: „#jestemlgbt”. Nadal przyjmuje w pełni nauczanie Kościoła i chce żyć zgodnie z tym, w co całym sercem wierzy. Agnieszka nie jest ideologią. Nie zgadza się z postulatami, o których wszędzie głośno. Wiele tych głośnych rzeczy ją boli i dotyka.

Najbardziej boli Agnieszkę generalizowanie… „Naprawdę nie wszyscy należący do jakiejkolwiek grupy społecznej są tacy sami!” – pisze w swoim tekście.

Aga chciałaby tylko jednego – „żeby żaden człowiek na tym świecie nie musiał się bać prawdy o sobie.”

Comming out – powody

Nie przypuszczałam, że kiedyś nadejdzie dzień, w którym zrobię publiczny coming out – mówi Agnieszka. – A już na pewno nie wiedziałam, że nastąpi to teraz.”

Dlaczego się zdecydowała?

1. – zaczynałam się dusić z tą tajemnicą, którą w sobie noszę.
2. – chcę być prawdziwa i nie chcę się wstydzić tego, kim jestem
3. – zwłaszcza, że nie robię nic, co mogłoby faktycznie być powodem do wstydu
4. – zależało mi na tym, żeby pokazać, że nie wszyscy są tacy sami
5. – bardzo nie lubię generalizowania, wrzucania wszystkich ludzi z danej grupy społecznej do jednego wora
6. – nadarzyła się okazja – hasztag #jestemlgbt zaczął krążyć po Instagramie

Czego Agnieszka nie chce?

Nie chcę być postrzegana przez pryzmat seksualności.

Czego Agnieszka uczy?

– To kradzież jest zła, a nie człowiek, który ukradł. To pobicie kogoś jest złe, a nie ten, który pobił. To pedofilia jest zła, a nie człowiek, który się jej dopuścił. Szokujące? Za mocne? Ale prawdziwe!
– Każdy z nas z natury jest dobry. Każdy-jest-dobry. Niezależnie od tego, co robi.

Tezy tekstu:

1. Co to znaczy LGBT (ludzie czy ideologia?).

Teza katolickiego portalu jest taka, że LGBT nie odnosi się do ideologii, tylko do ludzi. Jeśli ktoś mówi albo myśli o LGBT to znaczy, że mówi i myśli także o ewangelizatorze i animatorze Agnieszce z Warszawy lat 27, która w pełni przyjmuje nauczanie kościoła katolickiego.

Każdy, kto krytycznie odnosi się do LGBT, krytycznie odnosi się nie do jakiejś ideologii, tylko do ludzi w tym animatora i ewangelizatora Agnieszki z Warszawy, która podąża za nauką kościoła i współprowadzi rekolekcje.

To uprawniona teza, ale powstaje pytanie takie: Czy ideologia LGBTQ istnieje czy  nie istnieje? Ideologia rozumiana jako zbiór poglądów i idei. Wydaje się, że na to pytanie należy odpowiedzieć twierdząco. Z pewnością istnieje ideologia „gender”, której istnienie potwierdził w swoim liście z 2013 roku rektor KUL, pisząc iż uniwersytet podejmuje ” badania nad ideologią „gender”. Podobnie istnieją poglądy i idee związane z zagadnieniem homoseksualizmu, sytuujące go w kontekście porządku społecznego i naturalnego.

Skoro więc ideologia LGBT istnieje to dlaczego termin LGBT nie odnosi się do tej ideologii? Nie widać po temu żadnych racjonalnych powodów. Co więcej, jak postawa Autorki wskazuje, osobą LGBT staje się ktoś wskutek DEKLARACJI. To Autorka uznała, że jednak jestlgbt. Co jeśli lesbijka uzna, że jednak nie jest? Czy wolno nam bezprawnie i bezpodstawnie zaliczać taką osobę do ustalonego przez kogoś arbitralnie zbioru lgbt(q)? Chyba nie. Ludzie są wolni.

Więc może jednak LGBT odnosi się do ideologii, tak jak komunizm odnosi się do ideologii, zaś ludzie identyfikują się z danym określeniem, poprzez świadome przyjęcie idei i postulatów danej ideologii. Mamy więc komunizm i komunistów, lgbt i lgbtistów.

Ale komunista, który nie zgadza się z postulatami komunizmu wcale komunistą nie jest. Jestem komunistą, jestem przeciwny społecznej własności środków produkcji! – Taka deklaracja ty syndrom zaburzenia psychicznego albo głupoty. Taki ktoś NIE JEST komunistą. Tak jak Agnieszka, która nie zgadza się z postulatami lgbt – które jak się okazuje ISTNIEJĄ, bo Agnieszka się z nimi nie zgadza – nie jest wcale żadnym lgbt. Jest po prostu dziewczyną o być może skłonnościach lesbijskich i tyle.

 

2. Nie wolno dokonywać generalizacji.

Autorka przekonuje, że nie należy dokonywać „generalizacji”, bo nie wszyscy są tacy sami. Wydaje się mieć rację z drugiej części stwierdzenie, bo istotnie – nie wszyscy są tacy sami. Jeśli jednak ktoś deklaruje się jako #jestemkomunista to zaliczenie go w poczet komunistów jest naturalną konsekwencją jego postępowania. Nie jest jasne, co konkretnie boli tu panią Agnieszkę.

3. Co jest najważniejsze na świecie

Stwierdzenie, że chciałabym tylko jednego – „żeby żaden człowiek na tym świecie nie musiał się bać prawdy o sobie.” jest dość zawężające jeśli chodzi o tylko jedną rzecz na świecie. Ludzie postawieni przed takim zagadnieniem, powiedzieliby: Chciałbym tylko jednego – pokoju. Inny, żeby człowiek już nigdy nie umierał z głodu. Ktoś inny, że chciałby tylko jednego, żeby w relacjach między ludźmi dominowała postawa miłości.

Ale dla Agnieszki najważniejsze, to żeby żaden człowiek na świecie nie musiał się bać prawdy o sobie. Pomijając dość szczególny wybór postulatu, wskazujący na daleko posunięte skupienie uwagi na samym sobie, to niby dlaczego? Dlaczego człowiek nie musiałby się czasem BAĆ prawdy o samym sobie? Czy to czasem nie może być korzystne? Może to wskazuje na ROZBIEŻNOŚĆ tego, co człowiek ceni i tego, co człowiek robi? Można zmienić jedno lub drugie. Co wybrać? Zmianę systemu wartości czy postępowania?

Strach jest naturalnym stanem człowieka, bez którego dawno byśmy wyginęli albo narobili nieziemskich głupot. Strach przez konsekwencjami, strach przed potępieniem, strach przed stawieniem czoła własnej słabości lub podłości. Strach zawsze jest równoważony przez odwagę. Na tym polega człowieczeństwo. Gdyby nie było strachu bez sensu byłaby odwaga, a ludzie robią czasem takie rzeczy, że trzeba odwagi „by spojrzeć sobie w twarz”, bo strach. Więc to czasem dobrze, gdy się go odczuwa, bo to sygnał, że może narobiliśmy rzeczy, o których lepiej nie myśleć.

4. Emocje i odczucia.

Autorka pisze, że zaczynała się dusić z tą tajemnicą, że widok lub wyobrażenie innej kobiety wywołują u niej jakieś skojarzenia lub chęci ze sfery współżycia intymnego. Nie jest do końca jasne, dlaczego Autorka dusiła się z tą tajemnicą, a już się nie dusi, gdy wszyscy o tym wiedzą. Zasadniczo rzecz biorąc, współżycie intymne z natury rzeczy JEST TAJEMNICĄ osób, których dotyczy, bo to jest rzecz INTYMNA.

Ludzie zasłaniają swoje ciała i osoby, i wstyd jest konstytutywną cechą człowieczeństwa. Ów wstyd, owo rozgraniczenie tego, co publiczne i intymne/prywatne to jest postawienie GRANICY, granicy, która stanowi o osobie. Człowiek te granice, jeśli chce, pozwala przekraczać drugiemu. I to jest właśnie piękno relacji międzyludzkich, i tak się właśnie wypełnia GODNOŚĆ osoby, że istnieje sfera zastrzeżona, której gospodarzem jest wyłącznie człowiek.

Gdy nie ma tego, co intymne, gdy to, co prywatne jest publiczne, to nie ma GODNOŚCI, nie ma suwerenności człowieka, zaś jest początek totalitaryzmu, bo totalitaryzm to system, w którym jednostka nie ma suwerenności, w żadnej sferze. Nawet jej sfera prywatna jest publiczna, odsłonięta.

Dlaczego zachowywanie w sferze intymnej, tego co jest intymne, dla Pani Agnieszki było związane z poczuciem duszenia się, jest trochę niezrozumiałe, ale należy przyjąć, że autentyczne, tym bardziej niezrozumiałe. – Będę się dusił jeśli nie powiem publicznie jak chciałbym współżyć seksualnie? Dla wielu ludzi to aberracja. Dawniej – problem psychiczny wymagający pomocy.

5. Być prawdziwym.

” chcę być prawdziwa i nie chcę się wstydzić tego, kim jestem”

W jaki sposób można stać się prawdziwym, publicznie obwieszczając sąsiadowi, córce sąsiada, sprzedawcy w pobliskim sklepie, jakie ma się preferencje seksualne? W jakim sensie Agnieszka stała się prawdziwa, informując rodzinę i tych, których ewangelizuje, o swoich skłonnościach w dziedzinie współżycia intymnego?

Co to w ogóle znaczy: chcę być prawdziwy/prawdziwa? To chyba znaczy, nie chcę udawać. Chcę mówić to, co myślę, zachowywać się tak, jak chcę. To chyba znaczy – w rozumieniu Autorki – być prawdziwym.

Ale czy istotnie, mówiąc to, co myślimy, zachowując się tak, jak nas do tego popycha impuls i skłonności, jesteśmy PRAWDZIWI? Czy przypadkiem nie jest tak, że historia człowieczeństwa to jest historia nakładania sobie kagańca, na własne skłonności, impulsy, popędy. Czy nie jest tak, że kultura i obyczaj sprawiają, iż zachowujemy się i postępujemy nie w taki sposób JAKI NAM SIĘ CHCE, tylko w taki sposób JAKI WYBIERAMY JAKO SŁUSZNY.

Zatem to dokonywane wybory, wybierane wartości i wzorce, konsekwencja w podążaniu za tymi wyborami czyniłyby człowieka PRAWDZIWYM. Nie zaś, jak zdaje się sugerować Autorka, podążanie za ODCZUWANYMI IMPULSAMI, a tym bardziej informowanie o ich treści. Przez to, człowiek chyba nie staje się „prawdziwy”. Owszem odczuwamy różne popędy i mamy różne skłonności, ale to zwierzęta bezpośrednio są „prawdziwe”, bo bezpośrednio za nimi podążają. Duchowe tradycje zalecające takie podejście, mimo pięknych zamierzeń, nieodmiennie prowadziły swoich wyznawców na manowce – patrz taoizm.

Więc znów, czy publikacja informacji o swoich skłonnościach i impulsach umożliwia człowiekowi bycie prawdziwym?

6. Samoidentyfikacja i ocena ludzi.

Osoba, która ODCZUWA pokusy czy popędy, ale za nimi nie podąża, NIE JEST grzesznikiem. Osoba, która odczuwa skłonności by coś ukraść, ale nie kradnie NIE JEST złodziejem. To co nas identyfikuje, to CZYNY, a nie odczuwane popędy czy emocje.

Stąd Autorka, jeśli nie realizuje swoich popędów – bez oceniania czy dobre czy złe – w praktyce, to chyba błędnie się identyfikuje jako lgbt lub choćby lesbijka. Aby się stać osobą tego typu należałoby jednak coś zrobić. Same odczucia nas jeszcze nie identyfikują. Chłopiec odczuwający, że może jest dziewczynką, jest nadal chłopcem, tyle że odczuwającym, że jest dziewczynką. Nie jest dziewczynką, bo skąd ma wiedzieć, co czuje dziewczynka, skoro nią nie jest.

Autorka mająca 27 lat pisze, że każdy jest dobry niezależnie od tego, co robi. Wydaje się to zbyt daleko posunięte stwierdzenie. Otóż ocena człowieka zależy właśnie od tego, co robi. Pedofil dręczący dziecko nie jest człowiekiem dobrym, bo czyni zło. Koniec kropka. Może oczywiście stać się człowiekiem dobrym. Choć to trudne.

Nie jesteśmy tym, co ktoś o nas powie. Nie jesteśmy tym, co mamy gdzieś tam zapisane. Jesteśmy tym, co czynimy. Stąd – są źli ludzie. Są ludzie, którzy przychodzą po majątek i życie innych ludzi. Są ludzie, którzy znajdują przyjemność w dręczeniu i zabijaniu innych ludzi. Są ludzie, którzy innych ludzi niszczą fizycznie, psychicznie, duchowo, mentalnie. „Lepiej by takim kamień młyński u szyi przywiązać i rzucić w morze”, ktoś kiedyś o nich powiedział. Ale nowoczesny Ewangelizator, Agnieszka lat 27 ze stolicy, która dusi się tajemnicą o swoich intymnych skłonnościach seksualnych, uczy na łamach jezuickiego portalu całkiem inaczej. Takie czasy.

Koniec Kościoła Katolickiego

image

Nic się nie dzieje. Dzień jak co dzień. Nie ma żadnych powodów do gadania o katastrofie, bo u nas w parafii, wszystko jak dawniej. Ile osób wierzyło w sierpniu 1939, że za chwilę nastąpi katastrofa? Z perspektywy wąskiej i „naszej własnej” wydawać się może, że wszystko jest w porządku. Ale fala już podniesiona i zamiata budynki, ziemię i ludzi, tyle, że jeszcze nie u nas. U nas pierwsze symptomy, wibracje. Ale czy to będzie długo?

Kościół Katolicki stoi wobec trzech krytycznych zagrożeń. W kolejności od najmniej ważnego do najpoważniejszego będą to:

  1. Deprawacja części hierarchii i niezdolność pozostałej części do walki z tymi zachowaniami. Hasło – pedofilia.
  2. Uzielonoświątkowienie kościoła, czyli rozwój i wpływ ruchów i zachowań „charyzmatycznych”.
  3. Skostnienie funkcjonalno-doktrynalne połączone z asymilacją części tez „liberalnych”.

Pedofilia to oczywiście nie jest problem sam w sobie, w tym sensie, że te ohydne i kryminalne zachowania niestety zawsze się będą zdarzać. W tym obszarze mieszczą się też zachowania przymuszania młodych – choć już nie dzieci – mężczyzn do zachowań homoseksualnych, przez ich przełożonych w Kościele. Prawdziwym problemem jest ROZJECHANIE się głoszonych WARTOŚCI ze stosowaną PRAKTYKĄ i ZACHOWANIEM.

Po prostu te odpychające zjawiska TOLEROWANO w imię wizerunku „świętego Kościoła Katolickiego”. I nie tylko te – można by dopowiedzieć. Uznano, że dobro jakim jest SZACUNEK okazywany przez wiernych Kościołowi, jest ważniejsze od dobra pojedynczych, krzywdzonych osób albo dobra, jakim jest wymierzanie kary za zło. Aby utrzymać wizerunek Kościoła jako świętej instytucji przekazującej objawione nauki, ukrywano prawdę i chroniono deprawatorów. Chodziło o AUTORYTET hierarchii wobec wiernych.

Ten autorytet się na naszych oczach osuwa. Obrazowo mówiąc, „świętym prawodawcom” spadają powoli spodnie, ciągnięte przez zaciekłe media.  Wzięło się to po części z tego, że hierarchia nazwała siebie Kościołem i postanowiła rządzić ludźmi zamiast ich prowadzić. Postanowiła ich kontrolować i nad nimi panować, zamiast im pomagać i wskazywać drogę poprzez własny PRZYKŁAD. Kwestia przykładu, w ogóle gdzieś zanikła i zostały groźby, warunki, nakazy, zakazy, wymogi i rozliczenia z pozycji my na górze wy na dole.

Ten model i dla wiernych miał swoje zalety, bo w zamian za stosunkowo niewielki zakres świadczeń, tzn. ofiara pieniężna, uczestnictwo umiarkowane w nabożeństwach i dopełnienie, czego ksiądz tam zażąda, otrzymywało się życie wieczne. Nie trzeba było kochać ludzi, z kochania Boga nikt się już nie spowiadał. Można było odetchnąć i z ulgą żyć dla siebie, po swojemu.

Uzielonoświątkowienie czyli pentekostalizacja to fajny, nieuświadamiany – a powszechny w kościele – ruch. Sprowadza się on do tego, że w czasie jego zgromadzeń „na prawdę” wreszcie coś się dzieje. Wracają czasy pierwszych chrześcijan. Ludzie DOZNAJĄ uzdrowień, „spoczynków w duchu” oraz całego szeregu rozmaitych „nadprzyrodzonych” zjawisk.

Ten proces zaczyna się od zmiany nastawienia człowieka na DOZNANIA i DOŚWIADCZENIA, gdy w KK nastawienie było na posłuszne spełnianie przepisanych praktyk. Można powiedzieć, że KK to była MAGIA, która nie działała, bo ksiądz udzielał sakramentu bierzmowania i dokładnie NIC z tego nie wynikało dla bierzmowanego. Jak zresztą z wielu innych gestów i słów. Tymczasem w rycie „zielonoświątkowym” mamy „magię”, która DZIAŁA, bo z „namaszczenia Duchem św” wynika cała masa niezwykłych zupełnie, odczuwanych i przeżywanych przez człowieka doświadczeń.

Propagatorzy tej fali mówią o doświadczeniu „Boga żywego”, tak jakby ten doświadczany w KK był „Bogiem martwym”, no bo przecież nie żywym, jak na nabożeństwach charyzmatycznych. Ludzie zdrowieją, masowo tracą przytomność upadając w „duchu”, warczą, latają na czworaka, trzęsą się w drgawkach i konwulsjach. To wszystko oczywiście „w duchu”.

Z tym zdrowieniem, to jest taka sprawa, że w Lourdes KK zatwierdził 70 cudów wyzdrowienia. Ale to w ciągu 150 lat. Zatem jedno cudowne wyzdrowienie na 2 lata. Jednak w ciągu dwóch lat Lourdes odwiedza od 10-14 milionów pielgrzymów. Na jednej konwencji/konferencji/nabożeństwie charyzmatycznym wielu ludzi doznaje uzdrowień. Jakości i charakteru tych uzdrowień nie weryfikują jednak ustanowione i skrupulatne zespoły, choć samo to, wcale nie znaczy, że realnych uzdrowień nie ma.

Z falą pentekostalną związane jest także zainteresowanie demonologią, działaniami szatana, egzorcyzmami itd.Ten element również można zaobserwować w KK. O rzeczywistej skali ruchu pentekostalnego biskup Czaja pisze tak: Obecnie szacuje się, że jest już 600-800 milionów chrześcijan zielonoświątkowych. W 2025 roku ma ich być miliard. Do tego trzeba dodać, że biorąc pod uwagę rzeczywiste praktykowanie religii, a nie tylko formalną przynależność kościelną, już dziś zielonoświątkowcy są największym wyznaniem chrześcijańskim. Stąd wniosek, że religia chrześcijańska w wymiarze globalnym podlega postępującej dekompozycji.

Skostnienie KK ma swoje źródła w dwóch przesłankach/zjawiskach. Pierwsze z nich to największy skarb KK, którym jest RACJONALNE podejście do spraw wiary i religii. KK zawsze stawiał na rozum, na rozumowe podejście do spraw wiary. Nie polegał na uczuciach i odczuciach. Łączył mistyczną i głęboką wiarę swoich świętych z racjonalistycznym podejściem swych doktorów kościoła. Owocowało to rozrastającym się systemem twierdzeń doktrynalnych oraz przejawami życia monastycznego, gdzie sprawy relacji człowieka z Bogiem były posunięte do ekstremum. Tą drugą, oprócz rozumu, przesłanką była MISTYCZNA wiara świętych Kościoła Katolickiego. Realne przeżywanie obecności Boga. Z racji tego, że Bóg pozostaje nieosiągalny dla człowieka w drodze zmysłowej, postawa ta graniczyła – przyznajmy – z szaleństwem, bożym szaleństwem.

Rozum ostatecznie w KK pozostał, niestety mistycyzm i jego realne przeżywanie zanikło. Księża zaczęli traktować swoją działalność jako „pracę” i tego właśnie słowa używać na określenie tego, co robią. Biskupi zaczęli czynić starania by „jakoś to było dalej”, żeby trzoda się nie rozpierzchła, co w sumie uzasadnione. Nauczanie, które utraciło oparcie w realnym mistycyzmie, zaczęło przesuwać się w stronę normatywności, zatem zasad, co wolno, a co nie wolno, oraz związanych z nimi religijnej natury gróźb, mających skłonić odbiorcę zarówno do uczestnictwa w KK jak i posłusznej realizacji zestawu norm i praw. Takim „rubikonem” była encyklika Humanae Vitae, która regulowała sprawy zapobiegania ciąży, ale nie tylko, regulowała opatrując określeniem grzech, przebieg stosunku seksualnego męża i żony.

W jakimś zakresie KK uległ też „starotestamentalizacji”. Bo to Stary Testament wyrażał przekonanie, że do Boga można dojść poprzez przestrzeganie ustanowionych praw i reguł. Kładł nacisk na nieczystość człowieka i konieczność oczyszczania za pomocą ofiar i obrzędów. Uznawał, że Bóg mieszka w świątyni. Nowy Testament uczył odwrotnie. To kontakt z Bogiem oczyszczał, a nie człowiek dostępował kontaktu z Bogiem po, ustanowionym przez ludzi, oczyszczeniu. To szabat (prawa) miały służyć człowiekowi, a nie człowiek miał być dla szabatu. Ktoś może powiedzieć, że po latach… wróciło częściowo to, co już było.

Z braku żywego mistycyzmu, który mógłby być źródłem przyciągania ludzi, KK przyjął część idei postępowych, takich jak równouprawnienie kobiet (w rozumieniu feministycznym), równouprawnienie stron w małżeństwie katolickim, które mimo to, miało nadal być nierozerwalne. Te działania jeszcze bardziej wytrąciły, KK z wcześniejszej równowagi.

KK nie umrze. Jednak wspólnoty pentekostalne mogą go zepchnąć najpierw do roli niszowej, a potem wspominane procesy doprowadzić mogą do dekompozycji samego katolicyzmu poprzez podziały wewnątrz struktury tego kościoła, których początki już dzisiaj widać, choćby w zaciekłych atakach duchownych polskiego kościoła na papieża Franciszka. Równolegle duchowni katoliccy o pentekostalnych sympatiach  propagują postawy religijne właściwe dla tego ruchu wewnątrz Kościoła Katolickiego i przejmują jego poboczne instytucje, jak to można zaobserwować na przykładzie portalu deon.pl firmowanego przez jezuitów.

Usiłowania – szczególnie widoczne w kościele polskim – by było, jak dotychczas, wydaje się drogą porażki, zestawem działań prowadzących do podziału i zaniku ogromnej wartości jaką jest KK. Pójście w drugą stronę, to jest akceptacja wszelkich nowości, to skok do basenu, w którym nie wiadomo czy jest woda, choć zapewniają o tym różni nauczyciele „nowej fali’.

Kościół może dokonać następujących zmian:

  • Dowartościować rolę świeckich, tak by nie byli, jak obecnie, biernymi widzami, tylko realnie aktywnymi uczestnikami.
  • Przenieść punkt ciężkości z nauki o potrzebie przestrzegania reguł i uczestnictwa w nabożeństwach, na naukę o potrzebie miłości do Boga i ludzi. Nie znaczy to, że pierwsze należy anulować, tylko że ono ma być konsekwencją i pomocą w miłości.
  • W kwestii reguł życia przyjąć zasadę, że „Szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu”, to znaczy, że reguły i zasady pełnią rolę służebną wobec dobra człowieka.
  • Kwestią wagi zasadniczej jest wymóg w stosunku do hierarchii  (ale nie tylko) takiego pójścia w kierunku Boga, które zaowocuje przykładami świętości, przykładami pociągającymi wiernych. Metoda na „ekonoma” nie ma szans na kontynuację. Niezbędne jest „boże szaleństwo”, bez tego, nauka pozostanie sucha i nie wytrzyma konfrontacji z bogactwem doświadczeń i wrażeń dostępnych „od ręki” w nowych ruchach religijnych.
  • „Kto chce być wśród was największy, niech służy wszystkim” – ta reguła powinna się stać boleśnie egzekwowanym wymogiem. Służenie rozumiane jako bycie ponad i zarządzanie oraz rozliczanie ludzi, będzie znajdować coraz mniejszy oddźwięk.
  • Ostatecznie, na serio, a nie tylko werbalnie, Kościół może zacząć głosić DOBRĄ nowinę. Nowinę, która u słuchaczy wywoła uśmiech. Może zacząć uczyć radości, bo do tej pory, nowina była jakby pesymistyczna nieco, mimo tego, że była zasadniczo prawdziwa.

Tymczasem, jak pisze bloger Amstern, w Niemczech zamknięto ostatni klasztor trapistów. Może to konieczność. A jednak… szkoda. Kościół Katolicki to niezwykła tradycja. Zwykle w chwilach krytycznych odnajdował równowagę i drogę wyjścia na prostą. Czy teraz będzie podobnie?

———————————————————–
zdjęcie: https://globalaktual.com/wp-content/uploads/klarifikasi-potensi-tsunami-pdg.jpg