Archiwa tagu: księża

Przejmujące kazanie apb Rysia

 

Abp Ryś w kazaniu do kapłanów poruszył temat przestępstw pedofilii popełnianych przez osoby duchowne. Powiedział, że do tej pory zebrano informacje o 10 osobach poszkodowanych wskutek takich przestępstw, że popełniło je czterech winowajców, którzy ponieśli kary cywilne i kościelne za swoje czyny. Następnie odwołując się do wizji św. siostry Faustyny przytoczył, to co widziała i zapisała w swoim dzienniczku na temat biczowania Pana Jezusa:

12:20

„A przystąpili do biczowania inni ludzie, którzy chwycili za bicze i siekli bez miłosierdzia Pana. Byli nimi kapłani, zakonnicy i zakonnice i najwyżsi dostojnicy kościoła, co mnie bardzo zdziwiło”.

Dalej biskup prowadził rozważanie na kanwie przypowieści o synu marnotrawnym. Nakreślił porównanie, że kapłani są jednocześnie tym młodszym marnotrawnym synem jak i tym starszym, który został w domu. Ten młodszy stracił wszystko. Ten starszy (presbiteros) obraził się i uważając się za lepszego nie chciał wejść do domu i oskarżał młodszego. Ale oddać warto głos biskupowi, który mówi o księżach tak:

17:00

Otrzymaliśmy wielkie dary Boga, do których nie mieliśmy prawa. Nikt z nas na nie nie zasłużył. I te wielkie dary Boga, jak ów młodszy syn z przypowieści, roztrwoniliśmy. Roztrwoniliśmy. Tak jak on, dla chwili, dla momentu. Tylko tu i teraz się liczy. (…) Roztrwoniliśmy swoje powołanie. Mieliśmy prowadzić ludzi do Boga, a ich zgorszyliśmy. Roztrwoniliśmy charyzmat celibatu. Ta cała debata, która wszędzie dookoła się rozlega, jest naszą winą. Sprowadziliśmy celibat do uciążliwego prawa. Roztrwaniając łaskę, która jest w nim ukryta, charyzmat boży. Roztrwoniliśmy orędzie, które zostało nam zawierzone.

Wszyscy jak tu jesteśmy, jesteśmy przekonani, że nie ma lepszej nowiny, o ludzkiej miłości, o ludzkiej także seksualności, o życiu erotycznym, nie ma lepszej nowiny niż Ewangelia. (…) Kto nas dzisiaj traktuje poważnie, gdy chcemy mówić o życiu erotycznym? Kto nas potraktuje poważnie, po tych nadużyciach? Po tym co my sami zrobiliśmy z ludzką erotyką.

Roztrwoniliśmy autorytet. Roztrwoniliśmy wiarygodność. I tak jak ten młody, próbujemy rozwiązań, które są niepełne, które się nie trzymają bożej logiki. Są jakąś próbą ratowania siebie, ale nie odbudowania swojej godności synowskiej: „Pójdę, będę u mojego ojca najemnikiem”.

I dalej ksiądz biskup pyta o kapłanów i ich wzajemne relacje życiowe 25:00:

Co nas łączy? Jaka jest nasza współodpowiedzialność za siebie nawzajem? Co to jest za miłość, której nie stać na słowo upomnienia? Co to jest za miłość, której nie stać na słowo zapytania? Co to jest za miłość? Jaka to jest miłość między nami? Jakie braterstwo, jakie więzi?

Odpowiedzialność jest wspólna. Moja jest pierwsza. Każdego z nas, potem, po kolei. (…) Współodpowiedzialność jest i w dobru i w złu. Współodpowiedzialność. W tej współodpowiedzialności, chcę powiedzieć w swoim imieniu i w imieniu was wszystkich, chcę powiedzieć każdej z tych dziesięciu osób: Przepraszam.

Klerykalizm jest postawieniem kościoła na głowie. Godność w kościele bierze się z chrztu.

——————————–

I tyle biskup Ryś. Przejmujące i piękne kazanie, warto obejrzeć zamiast czytania blogów czy oglądania filmów. Pozostają jednak pytania, czy pojęcie współodpowiedzialności, nie zostało rozciągnięte zbyt daleko. Czy nie ma kapłanów heroicznych? Poświęcających swoje życie i żyjących tym, co głoszą? A jeśli są, to czy oni też są odpowiedzialni za zło pedofilii?

Pierwsze rozumienie współodpowiedzialności wydaje się naturalne, odpowiadamy za swoich bliskich. Za ich napominanie. Za pomaganie im w trudnościach „Jedni drugich ciężary noście”. Odpowiadamy, gdyśmy WIEDZIELI, ale nic nie uczynili. Wtedy tak. Ale odpowiedzialność rozumiana jako wina, w chrześcijaństwie i w naszej  cywilizacji zdaje się mieć charakter INDYWIDUALNY. Nie ma winy grupowej. Nie odpowiadamy za grzechy ojców naszych, ani nieznanych nam ludzi, ani nawet znanych, na których nie mieliśmy wpływu. Odpowiadamy za SWOJE czyny, a nie za czyjeś. Więc takie rozciąganie odpowiedzialności rozumianej jako wina na wszystkich księży wydaje się iść być może zbyt daleko.

Może warto było w kierunku przeciwnym. W miejsce deklarowania winy wszystkich i przepraszania w imieniu wszystkich, może należało wskazać tych właśnie, co wiedzieli, a nic nie robili. Tych konkretnie, co byli przełożonymi, a ukrywali, czyny i zdarzenia ohydne. Wtedy, ich wskazać, jakoś ukarać i dać im możliwość powrotu. Powrotu do ludzi, powrotu do Boga, powrotu do prawdy i miłości. A tak, w to miejsce, mamy rozciąganie odpowiedzialności na wszystkich, także niewinnych w tej konkretnej sprawie, bo przecież i tacy są.

Kazanie księdza biskupa jest niezwykle poruszające i celem jego jest dotarcie do kapłanów. Jakieś ich poruszenie. Jest „wołaniem na puszczy”, może momentami krzykiem rozpaczy. Jest wyjątkowe. Ale pamiętać należy o ziemi, o prawidłach rządzących ludzkimi postawami. Więc po wyznaniu winy i wyrażeniu żalu, przyjdzie pora na pokutę i wtedy na … zadośćuczynienie, które odbędzie się w wymiarze tego świata. Przepraszanie ogólne, ofiarom chyba nie wiele daje. Daje za to paliwa, do tego, by obraz instytucji kościoła malować w ciemnych barwach. Bo przecież „wszyscy” się splamili, wszyscy zaniedbali, wszyscy są odpowiedzialni, zwłaszcza, że tych u góry odpowiedzialnych, jakoś… nadal nie widać.

Wypada mieć nadzieję, że przesłanie księdza biskupa trafi do serc kapłanów. Że ludzie nie wezmą na serio słów o tym, że „roztrwoniliśmy powołanie” wypowiadanych przez biskupa diecezji łódzkiej. Bo to by znaczyło, że on to powołanie roztrwonił. Trzeba rozumieć jego słowa jako formę alegorii, formę potrząśnięcia zaciśniętymi na własnym ego umysłami księży. Takiego potrząśnięcia, które bywa – potrafi przebudzić człowieka.

Całość kazania:

 

 

———————————————————————-

ps. Pytanie jak odebrać słowa ojca Ludwika Wiśniewskiego, który mówi tak: „Ośmielam się powiedzieć to, co wielu ludzi boi się powiedzieć głośno: biskupi, którzy ukrywali straszne przestępstwo, przenosząc z miejsca na miejsce księży pedofilów, powinni

List do księży Kościoła Katolickiego

(ćwiczenie retoryczne)
Kochani księża Kościoła Katolickiego

Piszę do was ten list, choć zapewne go nie przeczytacie. Nie przeczytacie go, bo macie dość swoich kłopotów, swoich spraw, swoich wątpliwości i obowiązków. Nie przeczytacie go, bo macie mnie głęboko w pewnej części ciała, choć się otwarcie do tego nie przyznacie, ale nie szkodzi. Ja także mam głęboko w pewnej części ciała całą masę ludzi, choć… nie powinienem i nie tego uczył Pan Jezus. Alem człowiek, znaczy ułomny, i znaczy staram się, ale jak się staram, to znaczy, że nie jestem tam i taki, jak bym chciał.

Nie martwcie się. Wcale wam nie mam za złe, żeście – przynajmniej niektórzy z was – pijakami, że z kobietami seks, że kasa, kasa, kasa dla niektórych. Dzieci i deprawacji kleryków to oczywiście nie daruję, ale to szczegół i z tym jakoś się uporacie. Nie mam wam tego wszystkiego za złe, boście ludźmi. Po prostu. Chcieliby was oblać brązem i postawić na pomnikach, a to bzdura, choć – przyznajmy – sami tę bzdurę ludziom wbiliście do głów.

Więc nie mam wam za złe, tego wszystkiego o co oskarża was reżyser i aktor, i dysponenci środków medialnych, bo to wszystko ludzkie słabości więc jakby mi braćmi jesteście w tej niedoli, w tym staraniu się, w tym zwarciu ze słabością.

Ale mam wam za złe pieprzenie. Pieprzenie od rzeczy, gdy was nawiedzi „duch” i „zapał” doktrynerstwa. Mam wam za złe, że uczycie czasem ludzi tego, czego wam się zdaje, wypada uczyć, a nie tego, co naprawdę jest. Mam wam za złe, ilekroć doktryny stawiacie wyżej niż ludzki ból, ludzkie potrzeby, ludzkie tragedie.

Mam wam też za złe, że dajecie się wodzić za nos „nuworyszom” z paraprotestanckich ruchów, co to „odnowę”, „prawdziwe” spotkania z Bogiem i cuda na kiju dostarczają na zawołanie. Ja wiem, że wam o realne doświadczenie cudu odczucia Boga trudno, ale to nie powód, żeby wspierać feministyczny postęp albo paramagiczne szaleństwa.

A tak naprawdę to kocham was. Kocham was, bo tej mojej miłości nic wam nie zastąpi. Bo przeciw wam obrócił się (i obraca się) świat. Bo przeciw wam, będą działać wasze naturalne skłonności. Bo przeciw wam skierowane są najostrzejsze i złowieszcze słowa naszego Zbawiciela (na cóż się sól przyda, skoro straci smak). Bo jesteście w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Bo będąc w tej sytuacji – Boże mój, Boże mój czemuś mnie opuścił – próbujecie. Próbujecie do tego Boga mówić. Jakoś – przyznajmy często nieudolnie – mu służyć. Bo w świadomości różnych nieprawości instytucji Kościoła i własnych słabości niesiecie swoimi dłońmi przesłanie Boga poprzez czas. Bo jesteście ludźmi wielkimi, ilekroć Boga stawiacie na pierwszym miejscu, w tym labiryncie zależności, powinności, interesów i konieczności.

Trwajcie i nie przejmujcie się. Bóg was wesprze jeśli wy się odwołacie do Jego miłości. Nie macie wyjścia jak tylko drogę do Niego. Nie znajdziecie oparcia nigdzie indziej. I być może przyjdzie czas, że w tej „Nocy ciemnej”, o której mistycznie pisał św. Jan od Krzyża, a której codziennie i przyziemnie doświadcza tak wielu wierzących, zabłyśnie wam światło. Tylko w to uwierzcie.

Wierzę w was. Niekoniecznie w doktryny, niekoniecznie w mechanizmy, niekoniecznie w najwyższe „godności” w instytucji, której służycie. Ale wierzę w was. W takich jakimi jesteście. We wszystkich waszych słabościach i ułomnościach. Wierzę w was, bo nie mam innego wyjścia i Wy nie macie innego wyjścia. Bo wszyscy nie mamy innego wyjścia jak uwierzyć. Uwierzyć w dobro, uwierzyć w człowieka, uwierzyć w misję, uwierzyć w Boga.

Kościół Katolicki to wielkie dobro ludzkości. Coś w tym jest, że to on właśnie jest przedmiotem oszałamiającej fali ataków, a plejada denominacji protestanckich czy – w sumie to samo – charyzmatyczno-zielonoświątkowych, cieszy się nietykalnością mediów. „Pokaż mi swoich wrogów, a powiem ci ile jesteś wart”-  głosi jedna z mądrości ludowych. Wróćcie do korzeni i jednocześnie zmieńcie się. Zwariujcie dla Boga i jednocześnie zachowajcie rozsądek w tym wszystkim. Nie porzucajcie tradycji, ale w relacji z Bogiem wprowadzajcie zmiany, bo te wszystkie regulacje wcale święte nie są, tylko są środkami mającymi prowadzić ludzi i Was do Boga.

Będzie dobrze. Ale samo się nie zrobi. Dlatego jeszcze raz i na koniec – UWIERZCIE. Że jesteście wielcy w swojej pracy, nawet jeśli odczucia będą wam mówić coś innego. Uwierzcie, że Bóg was prowadzi, nawet jeśli nie będziecie widzieć drogi przed sobą. Uwierzcie w Niego samego, nawet gdy nie będziecie go czuć, ani widzieć, ani w żaden realny sposób dostrzegać. Nie odchodźcie, nie burzcie się. W waszej wierze będziecie dla ludzi i dla Boga skarbem. I zaprawdę – wielka będzie wasza nagroda w Niebie.